Pierwszy w historii bloga tekst gościnny i od razu z grubej rury. Jesteś bucem?

Zatrzymajmy się wszyscy na sekundkę, aby zastanowić się nad jedną istotną kwestią. Spójrzmy wszyscy w głąb siebie i ujrzyjmy nasze wewnętrzne zwierzę mocy (moim jest pingwin). Stańmy naprzeciw stworzenia i zapytajmy: „Czy jestem bucem?” I bez znaczenia, co usłyszeliście, mogę Wam śmiało powiedzieć – tak, jesteście. Ale spokojnie! Nie rzucajcie we mnie mokrym papierem toaletowym! Już wyjaśniam, o co mi chodzi!

Każdego z nas toczy niewyczuwalny bakcyl bucostwa, tak już jest. Zanim jednak przejdę do sedna, chciałbym pochylić się nad samą definicją pojęcia. Czym jest ów buc? Jak go precyzyjnie określić? Nie, żebym posługiwał się jakimiś fachowymi słownikami, ale sądzę, że bucami jesteśmy wtedy, kiedy – z premedytacją lub bez – próbujemy przeforsować naszą wyidealizowaną wersję siebie. Kiedy usiłujemy udowodnić, jacy to nie jesteśmy w tym i w tamtym. Gdzie to myśmy nie byli, z ilu pieców chleba nie jedli. I o panie, co to był za chleb! Orkiszowy, bez glutenu i skórki!

„– Hej, słuchałem ostatnio fajnego kawałka, nazywa się starłej tu hewen zespołu ledcepelin!
– O BOŻE! JAK MOŻESZ TEGO NIE ZNAĆ! TOŻ TO JEDEN Z NAJLEPSZYCH UTWORÓW ROKENDROLOWYCH EVAAA, HURR DURR!!”

Wybaczcie proszę tę pseudo-memiczną stylizację, jednak bycie bucem ma w sobie coś z groteski. Jest to, sądzę, jakaś prymitywna i perfidna zarazem próba zakrzywienia rzeczywistości (kąt zakrzywia się oczywiście w naszym kierunku). Czemu to robimy? Skąd bierze się ta nieodparta ochota potraktowania kogoś tzw. „lepą na ogar”, gdy tylko słyszymy, jakie głupoty opowiada na temat, w którym my błyszczymy niczym kryształowa misa z owocami? Chyba dlatego, że jesteśmy ludźmi i z naszych wad i przywar próbujemy ulepić kilka niewidzialnych kończyn, dzięki którym będziemy stabilniej poruszać się po świecie.

Lubimy poprawiać, gdy ktoś zamiast „podsumowywać”, „podsumowywuje”, a zamiast pytać kogoś, pyta się. Lubimy wplątywać w rozmowę informacje o naszej, kolekcjonowanej od lat,winylowej dyskografii Beatlesów. Niech ktoś nawet nie waży się powiedzieć, że strumień świadomości Joyce’a nie jest wytworem niekwestowanego geniuszu! Z lubością nosimy koszulki z napisem „Supreme”, a z opróżnionych kubków ze Starbucksa budujemy w domu replikę piramidy Cheopsa. Rośniemy, gdy dopełniamy wszelkich starań, aby znajomy spróbował jakiegoś niezłego piwa kraftowego, zamiast kolejny raz sięgać po taniego sikacza z marketu. Wszystko to powoduje, że bywamy bucami i doprowadzamy tym naszych znajomych do szału. Ale w sumie spoko, bo oni też przyprawiają nas o białą gorączkę, gdy setny raz Ci powtarzają, że powinieneś mówić „AJ KANT”, a nie „AJ KENT”, bo przecież uczysz się angielskiego, a nie amerykańskiego, duuh!

Czy powinniśmy wstydzić się naszego bucostwa? Chyba nie. W gruncie rzeczy to pokazuje, że pewne rzeczy traktujemy poważnie i nie lubimy, gdy ktoś je bagatelizuje lub wypacza. Oczywiście są ludzie, którzy, uchachani niczym małpa w zoo, wznieśli z bucostwa prawdziwy szaniec i nic poza wkurzaniem znajomych nie robią. Takich ludzi staramy się unikać. No, chyba, że sami nimi jesteśmy, wówczas pro publico bono, nie wychodzimy nigdy z łóżka.

Bywanie bucem nie jest złe! Jasne, czasem warto odpuścić i pozwolić znajomemu sięgnąć po TĄ bułkę, nie wyprowadzać z błędu, że dama z łasiczką to może być w lesie, a na obrazie jest z gronostajem, a Metallica nie skończyła się na Kill’emall. Bądźmy ludźmi i pozwólmy innym też nimi być. To nam wszystkim ułatwi życie. Zdawajmy sobie jednak sprawę z tego, że chcąc czy nie, jesteśmy bucami i raczej tego nie wyplenimy.

Autor: Marcel Gburek

Jesteś zainteresowany napisaniem tekstu na Partyzantkę?
Pisz na kontakt@partyzantka.com.pl!