Lifestyle

Patriotyzm jest niemodny

W szkole, w której uczy moja mama, uczniowie i nauczyciele przygotowali wieczornicę z okazji Święta Niepodległości. Pewna starsza pani, która na nią przyszła, dała nam wszystkim piękną lekcję.

Uczniowie odgrywają przedstawienie, widzowie siedzą jak zaczarowani. Wtedy myślę że największe wrażenie robi dziewczyna przebrana za Białego Orła, którą otaczają trzy czarne postacie. Do czasu. Kiedy jedna z bohaterek  próbuje przypomnieć sobie hymn, brzękając na gitarze i nucąc pod nosem refren, starsza pani z pierwszego rzędu podrywa się i staje na baczność. My, cała reszta sali, siedzimy jak gamonie i dopiero po chwili idziemy w jej ślady. I tak sobie myślę, że wszyscy czujemy się trochę pogubieni.

Z drugiej strony mam wrażenie, że chociaż na co dzień uwielbiamy zagryzać się nawzajem, w razie niebezpieczeństwa każdy stanie za drugim murem.

Jesteśmy dziwnym narodem, który chyba po wariacku sam siebie nie rozumie.

Może to i dobrze? Bo żyjemy w szalonych czasach. Wiele osób czuje silniejszą więź z Facebookiem albo Instagramem niż ze swoim krajem.  Patriotyzm jest niemodny i nie wypada mówić, że kocha się Polskę. Bo niby za co? Za PiS (albo PO, albo jakąkolwiek władzę, która przyjdzie po nich)? Za brak pracy? Za zaśmiecone lasy i smog w miastach?  Jakie to na wskroś polskie. Wady widzimy jak na dłoni, a zalety są półprzezroczyste, jak gołębie.

Bo właściwie co nam dał ten kraj? Patologię i debili, pijanych kierowców, stłuczone butelki na chodnikach. Nie wspominajmy o darmowej edukacji i lekcjach historii, na których czuliśmy dreszcze na myśl, jakimi przekozakami byli nasi pradziadkowie. O tych wszystkich wspaniałych ludziach których tu poznaliśmy, albo o których słyszeliśmy, że są Polakami i robią wspaniałe rzeczy. Nie wspominajmy bo wyjdzie, że się wahamy. W dzisiejszych czasach lepiej być po jednej stronie barykady, nawet jeśli tę barykadę trzeba sobie wymyślić.

Ja dziękuję, postoję.

Dlatego patriotyzmowi mówimy serdeczne „nie, dziękuję, pocałuj mnie w dupę”. Patriotyzm to przecież konserwatyzm i zacofanie. Wiadomo, że patriotami są narodowcy i dresiarze w odzieży z powstańcem. Ci, którzy tatuują sobie Orzełka na ramieniu, ale myślą, że Curie to taka indyjska przyprawa. My wolimy mieć ten patriotyzm głęboko schowany. To, gdzie go chowamy, pozostawiam Waszej interpretacji.

Czy naprawdę nie można znaleźć w tym równowagi? Wyjechać z kraju, ale lubić go i cenić i nie wyrzygiwać, jaka ta Polska jest beznadziejna. Nie wstydzić się śpiewać hymnu na uroczystościach, a gdy ktoś mówi źle o kraju, w którym żyjesz od urodzenia, buntować się, zamiast ochoczo wtrącać swoje trzy grosze. Czy nie można łączyć szerokich horyzontów z przywiązaniem do Polski? Za Chopina, za Mickiewicza i za pierogi? Za to, ilu mamy ludzi, którzy robili dla tego kraju najbardziej szalone rzeczy i nie dali się zdmuchnąć z mapy świata, tylko dlatego, że po prostu  nie chcieli? Nie i już. Trochę tęskni mi się za naszym butnym charakterem, dziś ugrzecznionym na Zachodnią modłę.

Myślę że skoro dziś studia kończy praktycznie każdy, to możemy być na tyle inteligentni, by zrozumieć, że czarno-biała wizja świata sprawdza się tylko w bajkach. Że przywiązanie do kraju to nie ciemnota i konserwatyzm, tylko szacunek i zwykła potrzeba. Że historia i tradycja są dla nas ważne, nawet jeśli nie nosimy bluzy z symbolem Polski Walczącej. Że można być patriotą, a równocześnie pozostawać otwartym na świat. To jest proste, dopóki sami nie skomplikujemy sprawy.