Lifestyle

Polonistyka – trafny wybór?

Niedługo zaczynam trzeci rok polonistyki. Tak, jestem humanem, który nie znajdzie pracy i, cholera, kocham te studia.

Przed rozpoczęciem pierwszego roku polonistyki byłam przerażona, że nie podołam. Z drugiej strony cieszyłam się na myśl o tych wszystkich książkach, które będę czytać. Jak to często bywa – oczekiwania i rzeczywistość minęły się tak szerokim łukiem, że nawet nie miały okazji sobie pomachać.

Ze straceńczym wysiłkiem rzuciłam się wraz ze znajomymi, w wir pisania, czytania, słuchania i otrzymywania pozytywnych ocen za wszystkie te trzy umiejętności. Nie zawsze było prosto. Po najdłuższych wakacjach w naszym życiu, od razu w pierwszym semestrze, wylano nam na rozmarzone łby kubeł zimnej wody – przedmioty: „Gramatyka języka starocerkiewnosłowiańskiego” i „Historia literatury staropolskiej”. Nie było nam do śmiechu, ani trochę.

Nie było zabawnie również wtedy, gdy dostaliśmy pierwsze listy lektur, liczące kilkadziesiąt pozycji, które mieliśmy przeczytać w ramach jednego przedmiotu. Od razu wypożyczyłam kilkanaście dziwnych tomików i z równie wielkim zapałem odniosłam je z powrotem do biblioteki. To było najbardziej frustrujące – mimo szczerych chęci nie dałam rady przeczytać wszystkich pozycji z listy. Byłam przerażona, że jeśli nie poznam absolutnie wszystkich przemyśleń Wincentego Kadłubka, wylecę ze studiów już po pierwszym semestrze.

Nie wyleciałam. Nie mogę również powiedzieć, że z każdym semestrem lubiłam te studia coraz bardziej. Uwielbiałam je od samego początku. Nie zrażały mnie nawet durne przedmioty, poza jednym – semantyką leksykalną. Nadal nie potrafiłabym w prosty sposób wyjaśnić, co to jest, ale mam za niego piątkę. Takie sytuacje przestają dziwić studentów polonistyki już po pierwszym semestrze. Jeden z naszych wykładowców powiedział:

Nie mogę znieść, kiedy student mówi mi, że coś wie, ale nie wie, jak to powiedzieć. Jesteś polonistą! Powinieneś nawet nie wiedzieć, a umieć powiedzieć!

Właśnie tego gorliwie się uczyliśmy.

Od rana do wieczora otaczają nas słowa. Na zajęciach rozmawiamy o literaturze lub języku, na przerwach – o książkach, które czytamy lub piszemy, o wierszach, których dotyczą nasze prace. A przed snem – znowu sięgamy po książki, choć zazwyczaj nie po te, które byśmy chcieli. Nie stanowi już dla nas problemu zinterpretowanie wiersza tak, by praca liczyła osiem lub więcej stron. Tym bardziej, że nie obowiązują nas już klucze, które są mantrą maturzystów. Dopiero na studiach mogłam wyżyć się twórczo, interpretując i szukając potwierdzenia w rozmaitych źródłach. To fascynująca przygoda, która zawsze pozostawia niedosyt.

Nie zamieniłabym się miejscami z żadnym studentem politechniki, wydziału administracji czy chemii. Czuję, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym powinnam, w otoczeniu fantastycznych, kreatywnych ludzi. Myślę, że to jest właśnie studiowanie w najlepszym wydaniu. Nie zaliczanie kolejnych znienawidzonych przedmiotów, nie imprezowanie i przebywanie na wydziale tylko w czasie sesji.

Profesor, który miał u nas wykład dotyczący rękopisów, powiedział:

Nasze działania często przypominają pracę Syzyfa. Cały figiel polega na tym, żeby wyobrażać sobie, że Syzyf był szczęśliwy.

I tak właśnie robimy. Myślę, że każdy polonista z pasją to w gruncie rzeczy Syzyf, który uparcie szczerzy zęby i śmieje się do rozpuku. W głos. Radośnie.


Chcesz, żebyśmy pozostali w kontakcie? Super!
Wystarczy, że polubisz facebooka Partyzantki!