To nie opinia. To diagnoza.

Nie wytrzymałam. Brakuje mi osoby, która potrząsnęłaby blogerami książkowymi i wytrąciła ich z transu. A z drugiej strony – także wydawnictwami, bo gdy widzę, w jakich miejscach promowane są niektóre z nich, krew mnie zalewa. Macie koszmarnych Januszy w działach marketingowych.

Ponury obrazek

Sytuacja sprzed paru dni, grupa facebookowa blogerów książkowych. Padło pytanie: wydawnictwo wysłało mi notkę o nowościach wydawniczych, którą mam opublikować na swoim blogu, Instagramie i Facebooku. W zamian nie chcą mi wysłać nawet książki. Czy mimo to powinnam opublikować ich informację?

Oczywiście pytanie jest skrajnie głupie. Pokazuję je Wam, bo świetnie obrazuje stan relacji na linii bloger-wydawnictwo.

Blogerowi się każe, bloger zrobi. A jeśli jeszcze dostanie książkę za darmo, odwali taką reklamę, za którą innej osobie trzeba byłoby zapłacić sporą sumę. Opublikuje recenzję w kilku księgarniach internetowych, serwisach książkowych, na własnym blogu, Instagramie, Facebooku, Twitterze, Google+, stronie klubu hodowców kur i forum ochotniczej straży pożarnej z Podlasia. Zrobi to z czołobitną wdzięcznością, ale jego tekst będzie mierny, bo w kolejce czeka już kilkanaście innych prezentów.

„Recenzje” blogerów książkowych bywają naprawdę, naprawdę złe. Co gorsza, ich twórcy często nie widzą powodu do zawstydzenia, gdy piszą, że:

– Nie za bardzo orientują się w treści, bo recenzja dotyczy drugiego tomu, a oni nie czytali pierwszego

Nisko oceniają książkę z powodu wulgaryzmów. Książkę, która na czwartej stronie okładki ma informację, że jest krwawa i nieprzyzwoita

Normą jest, że nastolatki recenzują książki dla dorosłych, oraz że blogerki najczęściej biorą wszystko jak leci – kiedyś widziałam w jednym stosiku literaturę dziecięcą obok Warhammera 40.000. Nic dziwnego, że Warhammer „się nie spodobał”. Dziwi Was literatura dziecięca w stosiku nastolatki? To ich sposób na przeczytanie kilkunastu książek w ciągu miesiąca – część z lektur to książeczki dla dzieci.

Inna sprawa to krytyka, a właściwie jej brak. Blogerzy są przekonani, że dostając prezent od wydawnictwa, są zobowiązani do wystawienia pozytywnej opinii. Jak niewiele szacunku do siebie, swojej pracy i swoich czytelników mają blogerzy, których opinię da się kupić jedną przesyłką?

Brak rzetelności, oryginalności i argumentacji to najcięższe przewinienia blogerów. Często można trafić na stwierdzenie, że książka nie podobała się, bo nie. Domyślam się jak musi czuć się autor, czytając takie popłuczyny na temat swojej powieści. Bo tym właśnie jest coraz większa liczba opinii na temat książek w blogosferze.

Partyzantka blogowa

Kiedy zakładałam blog, postanowiłam nie pisać recenzji za barter, bo widzę, jak gratiski zaślepiają innych. Poza tym uznałam, że nie mam ochoty czuć, że muszę pospieszyć się z czytaniem, bo pani z wydawnictwa już czeka na tekst.

Dlatego nie piszę za barter. Maksimum, które można u mnie ugrać za barter książkowy to fotka na Instagramie. Jedna. Przesyłki z książkami od wydawnictw traktuję jako prezent i choć jest to miłe i chętnie o tym mówię, nie traktuję takiego gestu jak zobowiązania. Wydawnictwo wie o zasadach i mimo wszystko czasem uznaje, że chce w to wejść. Wie również, że kiedyś pewnie napiszę tekst o ich książce, ale wtedy, kiedy sama będę chciała. A jeśli kiedyś ktoś zechce zapłacić mi za recenzję, będzie miał pierwszeństwo i umówimy się na termin publikacji tekstu. To prosta zasada, ale oparta na wzajemnym szacunku, więc niemal niespotykana.

Jako ciekawostkę zdradzę, że wydawnictwa pisały na maila ze starego bloga jeszcze ponad pół roku po jego zamknięciu – zostawię Was z tą informacją na wypadek, gdybyście się jarali, że dostaliście maila z propozycją współpracy, więc pewnie jesteście tacy wyjątkowi.

Nie potrzebuję tych stosów darmowych książek, za które mogłabym pisać recenzje. I mówiąc uczciwie, wy również ich nie potrzebujecie.

Smutna diagnoza

Wydawnictwa wykorzystują was, bo pozwalacie i jeszcze jesteście z tego dumni. W ogóle nie cenicie siebie i tego, co zbudowaliście. Wydawnictwom nie chce się traktować Was poważnie, bo zwyczajnie nie ma powodu. I tak wyciągniecie łapki po nowe książki i grzecznie pójdziecie zrobić za darmo to, za co inni biorą pieniądze. Niektórzy z Was mówią, że kasa nie jest dla nich ważna, że piszą tylko z miłości do czytania. Ale gdy patrzę na te wasze półki pełne wyłącznie nowych książek, mam wrażenie, że jesteście materialistami bardziej niż ktokolwiek.

Zamiast skupiać się na zdobywaniu kolejnych książek skupcie się na tym, że blogosfera nie uświadcza Waszej krytyki i nie wnosicie do niej żadnej wartości. Że produkujecie tylko kolejne teksty, które zawierają sztampowe, nic nieznaczące zdania. Skupcie się na tym, by być bastionem rzetelnej opinii, a nie na wyciąganiu rąk po kolejne egzemplarze recenzenckie.

Wydawnictwa – co z Wami?

Z jednej strony rozumiem pokusę wykorzystania darmowych miejsc reklamowych, serio. Z drugiej jednak, gdy widzę, że Wydawnictwo Literackie, wydające Lema czy Gombrowicza, reklamuje się na blogu nastolatki, która nie potrafi sklecić jednego poprawnego zdania, czuję zażenowanie.

Wstyd, wydawnictwa. Czas podjąć wreszcie minimalny wysiłek, znaleźć bardziej odpowiedzialnych twórców do reklamowania swoich publikacji i nie ośmieszać się reklamami na blogach, które z literaturą mają tyle wspólnego, ile ja z branżą lotów kosmicznych.

Wypadałoby przestać żebrać o atencję u nastolatek, zaprząc do pracy rozleniwiony dział marketingowy i pomyśleć o innych drogach reklamy. I, jak celnie podsumował Was Jakub Ćwiek, nie srać tam, gdzie się je. Bo ze stołu szwedzkiego zrobiliście sobie latrynę.

*

Na koniec odsyłam Was jeszcze do felietonu Jakuba Ćwieka na temat relacji bloger-wydawnictwo: klik

*

Chciałabym, żeby blogerzy, którym zależy na blogosferze książkowej, podjęli dyskusję z moim tekstem. Czy to w komentarzach, czy – jeszcze lepiej – w formie tekstu na swoim blogu. Pomyślcie, co chcielibyście zmienić, co Was denerwuje, w jakim kierunku warto byłoby pójść – i napiszcie o tym. Moja zmiana oznaczała całkowite zerwanie ze starym blogiem i przeprowadzką na Partyzantkę i powiem Wam, że nie żałowałam tej decyzji ani przez pół sekundy.

Czytaj więcej: 9 najlepszych cytatów o pisaniu lub Chodźmy na spacer