Blogosfera

Agonalny stan blogosfery książkowej

To nie opinia. To diagnoza.

Nie wytrzymałam. Brakuje mi osoby, która potrząsnęłaby blogerami książkowymi i wytrąciła ich z transu. A z drugiej strony – także wydawnictwami, bo gdy widzę, w jakich miejscach promowane są niektóre z nich, krew mnie zalewa. Macie koszmarnych Januszy w działach marketingowych.

Ponury obrazek

Sytuacja sprzed paru dni, grupa facebookowa blogerów książkowych. Padło pytanie: wydawnictwo wysłało mi notkę o nowościach wydawniczych, którą mam opublikować na swoim blogu, Instagramie i Facebooku. W zamian nie chcą mi wysłać nawet książki. Czy mimo to powinnam opublikować ich informację?

Oczywiście pytanie jest skrajnie głupie. Pokazuję je Wam, bo świetnie obrazuje stan relacji na linii bloger-wydawnictwo.

Blogerowi się każe, bloger zrobi. A jeśli jeszcze dostanie książkę za darmo, odwali taką reklamę, za którą innej osobie trzeba byłoby zapłacić sporą sumę. Opublikuje recenzję w kilku księgarniach internetowych, serwisach książkowych, na własnym blogu, Instagramie, Facebooku, Twitterze, Google+, stronie klubu hodowców kur i forum ochotniczej straży pożarnej z Podlasia. Zrobi to z czołobitną wdzięcznością, ale jego tekst będzie mierny, bo w kolejce czeka już kilkanaście innych prezentów.

„Recenzje” blogerów książkowych bywają naprawdę, naprawdę złe. Co gorsza, ich twórcy często nie widzą powodu do zawstydzenia, gdy piszą, że:

– Nie za bardzo orientują się w treści, bo recenzja dotyczy drugiego tomu, a oni nie czytali pierwszego

Nisko oceniają książkę z powodu wulgaryzmów. Książkę, która na czwartej stronie okładki ma informację, że jest krwawa i nieprzyzwoita

Normą jest, że nastolatki recenzują książki dla dorosłych, oraz że blogerki najczęściej biorą wszystko jak leci – kiedyś widziałam w jednym stosiku literaturę dziecięcą obok Warhammera 40.000. Nic dziwnego, że Warhammer „się nie spodobał”. Dziwi Was literatura dziecięca w stosiku nastolatki? To ich sposób na przeczytanie kilkunastu książek w ciągu miesiąca – część z lektur to książeczki dla dzieci.

Inna sprawa to krytyka, a właściwie jej brak. Blogerzy są przekonani, że dostając prezent od wydawnictwa, są zobowiązani do wystawienia pozytywnej opinii. Jak niewiele szacunku do siebie, swojej pracy i swoich czytelników mają blogerzy, których opinię da się kupić jedną przesyłką?

Brak rzetelności, oryginalności i argumentacji to najcięższe przewinienia blogerów. Często można trafić na stwierdzenie, że książka nie podobała się, bo nie. Domyślam się jak musi czuć się autor, czytając takie popłuczyny na temat swojej powieści. Bo tym właśnie jest coraz większa liczba opinii na temat książek w blogosferze.

Partyzantka blogowa

Kiedy zakładałam blog, postanowiłam nie pisać recenzji za barter, bo widzę, jak gratiski zaślepiają innych. Poza tym uznałam, że nie mam ochoty czuć, że muszę pospieszyć się z czytaniem, bo pani z wydawnictwa już czeka na tekst.

Dlatego nie piszę za barter. Maksimum, które można u mnie ugrać za barter książkowy to fotka na Instagramie. Jedna. Przesyłki z książkami od wydawnictw traktuję jako prezent i choć jest to miłe i chętnie o tym mówię, nie traktuję takiego gestu jak zobowiązania. Wydawnictwo wie o zasadach i mimo wszystko czasem uznaje, że chce w to wejść. Wie również, że kiedyś pewnie napiszę tekst o ich książce, ale wtedy, kiedy sama będę chciała. A jeśli kiedyś ktoś zechce zapłacić mi za recenzję, będzie miał pierwszeństwo i umówimy się na termin publikacji tekstu. To prosta zasada, ale oparta na wzajemnym szacunku, więc niemal niespotykana.

Jako ciekawostkę zdradzę, że wydawnictwa pisały na maila ze starego bloga jeszcze ponad pół roku po jego zamknięciu – zostawię Was z tą informacją na wypadek, gdybyście się jarali, że dostaliście maila z propozycją współpracy, więc pewnie jesteście tacy wyjątkowi.

Nie potrzebuję tych stosów darmowych książek, za które mogłabym pisać recenzje. I mówiąc uczciwie, wy również ich nie potrzebujecie.

Smutna diagnoza

Wydawnictwa wykorzystują was, bo pozwalacie i jeszcze jesteście z tego dumni. W ogóle nie cenicie siebie i tego, co zbudowaliście. Wydawnictwom nie chce się traktować Was poważnie, bo zwyczajnie nie ma powodu. I tak wyciągniecie łapki po nowe książki i grzecznie pójdziecie zrobić za darmo to, za co inni biorą pieniądze. Niektórzy z Was mówią, że kasa nie jest dla nich ważna, że piszą tylko z miłości do czytania. Ale gdy patrzę na te wasze półki pełne wyłącznie nowych książek, mam wrażenie, że jesteście materialistami bardziej niż ktokolwiek.

Zamiast skupiać się na zdobywaniu kolejnych książek skupcie się na tym, że blogosfera nie uświadcza Waszej krytyki i nie wnosicie do niej żadnej wartości. Że produkujecie tylko kolejne teksty, które zawierają sztampowe, nic nieznaczące zdania. Skupcie się na tym, by być bastionem rzetelnej opinii, a nie na wyciąganiu rąk po kolejne egzemplarze recenzenckie.

Wydawnictwa – co z Wami?

Z jednej strony rozumiem pokusę wykorzystania darmowych miejsc reklamowych, serio. Z drugiej jednak, gdy widzę, że Wydawnictwo Literackie, wydające Lema czy Gombrowicza, reklamuje się na blogu nastolatki, która nie potrafi sklecić jednego poprawnego zdania, czuję zażenowanie.

Wstyd, wydawnictwa. Czas podjąć wreszcie minimalny wysiłek, znaleźć bardziej odpowiedzialnych twórców do reklamowania swoich publikacji i nie ośmieszać się reklamami na blogach, które z literaturą mają tyle wspólnego, ile ja z branżą lotów kosmicznych.

Wypadałoby przestać żebrać o atencję u nastolatek, zaprząc do pracy rozleniwiony dział marketingowy i pomyśleć o innych drogach reklamy. I, jak celnie podsumował Was Jakub Ćwiek, nie srać tam, gdzie się je. Bo ze stołu szwedzkiego zrobiliście sobie latrynę.

*

Na koniec odsyłam Was jeszcze do felietonu Jakuba Ćwieka na temat relacji bloger-wydawnictwo: klik

*

Chciałabym, żeby blogerzy, którym zależy na blogosferze książkowej, podjęli dyskusję z moim tekstem. Czy to w komentarzach, czy – jeszcze lepiej – w formie tekstu na swoim blogu. Pomyślcie, co chcielibyście zmienić, co Was denerwuje, w jakim kierunku warto byłoby pójść – i napiszcie o tym. Moja zmiana oznaczała całkowite zerwanie ze starym blogiem i przeprowadzką na Partyzantkę i powiem Wam, że nie żałowałam tej decyzji ani przez pół sekundy.

Czytaj więcej: 9 najlepszych cytatów o pisaniu lub Chodźmy na spacer

158 thoughts on “Agonalny stan blogosfery książkowej”

  1. Fajny tekst, w punkt. Raz na jakiś czas ktoś poruszy ten temat. Najbardziej mnie porusza, kiedy widzę wartościowe książki na blogach zupełnie nie pasujących, gdzie potraktowane zostały strasznie banalnie. Tak, jak o tym piszesz. Ale przyglądając się temu dłużej, mam wrażenie, że to się nie zmieni. Zmienić musiałaby się polityka wydawnictw – ale tam też pracują tylko ludzie (którzy jeszcze często się zmieniają i nie każdy wszystko ogarnia). Nie wiem, dlaczego im nie zależy, żeby recenzje ich książek pojawiały się w wartościowych miejscach. Ciągle sprawdza się zasada, że nie ważne, jak, ważne, żeby pisali.

    1. Dokładnie. Zaskakuje mnie, że to (chyba?) działa. Że wydawnictwom opłaca się wysłać książki do kilkunastu blogerów z malutkimi zasięgami i słabym piórem zamiast do kilku dobrych.

      Masz rację, słabe teksty o wartościowych książkach bolą najbardziej. Zwłaszcza w wykonaniu osób, które podchodzą do czytania ilościowo, a nie jakościowo.

      1. Najbardziej bolą kłamliwe teksty o książkach słabych, które zachęcają do ich kupna, bo mało wartościowe teksty z reguły obnażają inteligencję autora i zawsze można zrezygnować z czytania takiego bloga po jednej ogólnikowej notce. Natomiast jeśli wartościowy blog prezentuje dobrą (w sensie technicznym) i pozytywną reckę na temat wyjątkowo kiepskiej książki, to czytelnik jest bezsilny – musi sam kupić, przeczytać i sprawdzić, i tak kilkukrotnie, zanim się połapie, że bloger robi marketing.

        1. O, z tym się zgodzę. Niektórzy blogerzy myślą, że wręcz powinni pisać pozytywne recki, skoro dostali książki od wydawnictw. Przyznam, że ja zawsze lubiłam pisać krytyczne teksty. Są dużo większym wyzwaniem i często robią więcej szumu, skłaniają do rozmowy.

          Ale o tym już pisałam, że my, czytelnicy, często nie potrafimy dyskutować o książkach. :)

      2. Taka branża. Wydawnictwa wcale nie mają lekko. Piszę to jako klient, który nie kupi ksiązki na podstawie jednej recenzji, ale jeżeli przeczyta 20 recenzji to dalej moze nie kupić, ale zapamięta – słowo klucz – nazwę wydawnictwa lub sklepu. I to jest problem współczesnego świata, konkurencja. Wydawnictwo czy sklep musi zdobyć swiadomosc marki. Ludzie mają pamiętać ich nazwę. Żeby to osiągnąć potrzebna jest ilość. Dokładnie to samo my robimy z naszymi blogami. Checmy zeby ludzie pamiętali nasze nazwy blogów, bo jak zapamietają to moze w przyszłości sami z siebie na nie wejdą zeby poczytać o czymś. Inna kwestia, że to boli gdy się widzi słabą recenzję naprawdę dobrej książki tylko dlatego, że nieodpowiedni recenzent to dostał, ale tak działa świat w każdej dziedzinie.

  2. Zauważyłam coraz więcej wpisów na ten temat. Wg mnie nie jest problemem, że nastolatki, które nie umieją pisać, tworzą blogi – każdy kiedyś zaczynał, każdy się uczy, a przypieprzanie się do piętnastolatki, że nie pisze dojrzale, jest słabe. Pamiętam jakie blogi powstawały „za moich czasów” – te wszelkie emopisma, oczojebne fonty, wszędzie róż i serduszka w połączeniu z sentencjami, przy których blednie Coehlo. Jednak jeśli dorosła osoba pisze tragicznie, a rynek w żaden sposób tego nie weryfikuje, to coś mnie strzela. Irytuje także mnie fakt, że wydawnictwa współpracują z każdym, kto ma jakieś zasięgi, wypoci laurkę i będzie całował po stopach za każdą szczotkę jaką dostanie. Zdarzają się także takie, które po niepochlebnej recenzji po cichu „zrywają współpracę”. Co ja mam myśleć o takim wydawnictwie? Skoro wydawcy nie szanują efektów swojej pracy?

    1. Właśnie dziwi mnie to zrywanie współprac, bo często krytyczna opinia odbija się szerszym echem i wywołuje dyskusję – a więc szum, o który powinno chodzić. Przecież wiele osób sięgnie po książkę z czystej ciekawości, czy naprawdę jest zła. Poza tym zrywanie współpracy z tego powodu to naprawdę szczyt nieprofesjonalnego podejścia.

  3. Cóż, ostatnio dość skutecznie udało mi się odseparować od 80% rakotwórczej części blogosfery, ale faktycznie ciężko udawać, że ona nie istnieje.

    Mnie w tym wszystkim najbardziej boli deprecjonowanie pozytywnych recenzji naprawdę dobrych powieści. A już zwłaszcza, o zgrozo!, pozytywnych recenzji egzemplarzy recenzenckich. Widzę to chociażby po sobie: jeśli już muszę sugerować się opiniami spoza regularnie czytanych blogów/”profesjonalnych” stron i czasopism o literaturze, to skupiam się na tych negatywnych. To przykre, że doszliśmy do takiej sytuacji.

    Problem mam też z określeniem „nastoletnie blogerki” (lub w niektórych kręgach „blogerki książkowe” w ogóle), bo nie da się ukryć, że wiekowo się do nich zaliczam. I co z tego, jeśli tworzysz wartościowy „content”, skoro i tak jesteś odbierany/a przez pryzmat innych. Dzisiaj widziałam, jak ktoś na jednej z fandomowych grup lekceważył Zwierza Popkulturalnego tylko dlatego, że jest blogerką. A blogerki, jakie są, każdy widzi. A wiedza ani doświadczenie się nie liczą.

    Odnosząc się jeszcze do tego wartościowego contentu: smutne jest też to, gdy widzi się beznadziejny tekst o danej książce i porównuje z własnym. A oba egzemplarze pochodzą od tego samego wydawnictwa.

    Zmiana musi wyjść właśnie od nich. Okroić listę recenzentów, nawet kosztem kilku tych lepszych. To uwolniłoby blogosferę przynajmniej od hien. Gdybanie co dalej nie ma chyba aktualnie za dużo sensu.

    1. Masz rację, pisząc „nastolatki”, myślałam o konkretnym typie osób, raczej o postawie niż o wieku. Teraz widzę, że może to być krzywdzące dla osób takich jak Ty. Fakt, też spotkałam się z lekceważeniem kogoś tylko dlatego, że jest blogerem, bo przecież blogerzy to takie śmieszne stworzenia, co uzewnętrzniają się w swoich internetowych pamiętniczkach. :p

    2. Jako zwykły czytacz a nie bloger, 80 procentami raka na blogach nazywam te wasze „contenty”. Blog krytyczny to taki, który jest tworzony z pasji, a nie na zlecenie. Cóż, to jak selfpub, pisać i zarabiać każdy może, ale blogi z nowościami czytelniczymi, z notkami robionymi za egzemplarze recenzenckie, zachowawcze, banalne i kompletnie bezbarwne to content-łajno pod każdym względem. W sumie to nie znam „nastoletniego” bloga, który by mnie zaciekawił chociażby cieniem krytycznego myślenia, zazwyczaj to są wypociny jałowego marketingu, bo jakież tu doświadczenie i jaka wiedza jak się ledwo odrosło od ziemi. Zabawne są w tym kontekście nieśmiałe próby monopolu poprzez odgórne uwalnianie od hien. Uśmiałam się. Skoro już zrobiło się absurdalnie, to niech piszą tylko dorośli:]

      1. Bawi mnie, że najpierw piszesz o prowadzeniu bloga z pasji, następnie odgórnie stwierdzasz, że takim nie może blog, którego autor recenzuje nowości lub co gorsza pozycje otrzymane od wydawnictwa. Przy okazji zaliczasz połowę stereotypów, o których traktuje artykuł i dyskusja. Uśmiałam się.

        1. To taki schemat, którego ja przecież nie ustalam – nowości zazwyczaj są robione na zlecenie. To widać w jakości a nawet, u co większych głuptaków, ostentacyjnie w ostatnim zdaniu każdej recki z uniżonymi i pokornymi dziękami za szczotkę. Jakie stereotypy zaliczyłam?

          1. @disqus_w3MSckgsv2:disqus Czy pasja i zlecenia muszą się wykluczać? :) Moim zdaniem nie. Można pisać na zlecenie i przy okazji nie starać się usilnie przypodobać – np. zastrzegając, że recenzja może być krytyczna. Mało osób tak robi, bo wielu boi się napisać krytyczny tekst na własnym (sic!) blogu. Ale ja bym tak zrobiła. Jasne, wtedy nie ma co liczyć na setki współprac – ale te, które zostaną, będą wartościowe.

            Wielu blogerów dawno straciło kontrolę nad współpracami i przyjmują absurdalnie dużo książek do przeczytania i zrecenzowania i, masz rację, wtedy na takim blogu pojawiają się tylko nowości, przy których recenzent nawet nie starał się wysilić szarych komórek, bo na półce czeka naście kolejnych lektur. Takich postów nie da się czytać, bo wszystkie wyglądają tak samo. Wolę przeczytać coś mniej profesjonalnego, ale przygotowanego starannie i przemyślanego.

          2. @disqus_w3MSckgsv2:disqus Jeśli chodzi o stereotypy: „blogi z nowościami czytelniczymi, z notkami robionymi za egzemplarze recenzenckie, zachowawcze, banalne i kompletnie bezbarwne to content-łajno pod każdym względem”.

            Plus zauważyłam teraz, że zwróciłaś uwagę na słowo „content”. Żeby nie było: używam go bardzo świadomie, bo nie tylko jest elementem żargonu, ale po prostu w języku polskim brak idealnego odpowiednika. Najbliższa byłaby „treść”, tyle że dla mnie stanowi on dużo więcej – to również sposób jej prezentacji, strona estetyczna i sam „image” blogera.

          3. To nie żaden stereotyp, tylko zwyczajna większość. Większość bylejakości. Nie napisałam przecież KAŻDY blog z nowościami – ale jeśli już chcesz, żeby zrobić ci dobrze, to powiem, że omijam szerokim łukiem blogosferę egzystującą w ścisłej symbiozie z działami marketingu. Jak widzę, że ktoś pisze, bo coś tam dostał za reckę, to wylot z czytnika rss. Niech będzie, że kieruję się stereotypem, no ale wszak kto mi zrobił to kuku? Blogerzy którzy nie mają nic ciekawego do powiedzenia (według mnie, rzecz jasna, bo wątpię, by ktoś bazgrał ze świadomością, że pisze o sianie), ale z dużym parciem na szkło, tak dużym, że przesłania im wszelki samokrytycyzm. Właściwie to już po podejściu do spraw drugorzędnych, takich jak szablony i skrypty z bunia, widać kto ma więcej lansu niż słów do przekazania. Czasem mam wrażenie, że bloger to po prostu „prestiżowe” dla wielu osób zajęcie i nie ważne co, jak i o czym, byle mielić tę mielonkę w ładnym templejcie. Najlepsze wg mnie blogi, które czytam, mają szablony sprzed epoki kamienia struganego, ale treść z takimi kontekstami kulturowymi, że po prostu wiesz, że masz do czynienia z ciekawym człowiekiem, czytającym interesujące książki, nawet jeśli zostały wydane 70 lat temu. To nie stereotyp, to wynik działania arytmetycznego.

          4. Ano, ale ja to wiem, ty to wiesz, Jola to wie, nawet pani Grażynka z marketingu o tym wie. Tylko czemu tych ciekawych blogów jest może z dwadzieścia w sumie?

  4. Mocny, ale jakże prawdziwy tekst. Szacunek!
    Piszesz o blogach, ale zauważyłem, że te grzechy w równej mierze dotyczą też tzw. „booktuba”. I o ile prześledzenie „recki” napisanej na kolanie, głoszącej ochy, achy jeszcze jestem w stanie przełknąć, tak filmowej jej wersji nie trawię. Chyba z tego powodu, że często w oczach czytelniczek brakuje prawdy, która powinna iść w parze z wypowiadanymi słowami, a widać jedynie błyski rodzące się z równania 1 filmik = 1 nowa książka.

    I fakt, blogerki czytające WSZYSTKO, co tylko dostaną w łapska, które nijak nie chcą pokazać indywidualności czytelniczej (bo wtedy mniej książek i omójboże-czymzapełniętecholerniedługiepółki) to dno dna.

    1. Dzięki! :)
      Polskiego booktuba nie trawię, dlatego kiedyś chciałabym się przemóc i zacząć nagrywać coś po swojemu.

      Masz zupełną rację z tym brakiem czytelniczej indywidualności. Był kiedyś blog Fenrira, na którym była tylko fantastyka i sporo recenzji bardzo krytycznych. I dzięki temu wśród całej masy blogów naprawdę się wyróżniał.

      1. A ja mam problem też z tymi blogami super wyspecjalizowanymi w kednym tylko gatunku. Czy naprawdę są ludzie, którym nie nudzi się czytanie książek tylko jednego rodzaju? (Recenzje na blogu są kilka razy w tygodniu, więc chyba na nic innego nie ma czasu…)

        1. U mnie na blogu jest zwykle fantasy i sf, bo to po prostu lubię najbardziej i mogę czytać w nieskończoność. Czasem przełamię rutynę jakimś kryminałem albo thrillerem. (Nie współpracuję z żadnym wydawnictwem, wszystko to z biblioteki, kupione, pożyczone albo ściągnięte z netu).

        2. Ja lubię, gdy widać, że bloger wybiera książki według swoich upodobań, a nie „jak leci”. Masz rację, że jeden gatunek może znudzić, ale jednak jeśli ktoś naprawdę go lubi – często do niego wraca, czyta różne książki oscylujące wokół tego gatunku. A jeśli wybiera coś z innej beczki, to z jakiegoś konkretnego powodu – np. dlatego, że nawiązuje do jego pozaksiążkowych zainteresowań – a nie dlatego, że akurat wydawnictwo podesłało. :) Lubię po prostu, gdy widać indywidualny rys w tym, co ktoś publikuje.

  5. Pisałam dziś z Oskarem z SQN o tej sprawie. Napisałam tylko dlatego, że szkoda mi sie zrobiło naprawdę fajnych ludzi narażonych na krytyke bo nagle przykrecili książkowy kurek. Niestety większość wydawnictw wysyła książki patrząc na ilość odslon danej witryny. A kto ma ich najwiecej? Nie oszukujmy się, blogi prowadzone przez nastolatki ktore czesto dzialaja na zasadzie kom/kom i sztucznie napedzaja statystyki odslon maja znacznie wiecej niz osoby piszacej naprawdę merytoryczne ale z mniejszym parciem na szkło.

    1. Mam wrażenie, że problem polega na tym, w jaki sposób SQN „przykręcił kurek”. Wystarczyło napisać do wszystkich blogerów maila z informacją o zmianie polityki i podziękować za dotychczasową współpracę, a potem zaznaczyć, jak teraz będzie wyglądał kontakt z blogerami. I nie prosić o udostępnianie informacji o książkach, do których bloger nie ma dostępu. Może nie jestem szczególnie znana, ale cały czas tworzę swoją markę i nie wyobrażam sobie polecać czegoś, czego nie znam.

      Uważam, że „przykręcenie kurka” było niezbędne i słusznie, że w końcu wydawnictwo podjęło taką decyzję, ale nie zgadzam się ze sposobem, w jaki to zrobili i w jaki teraz funkcjonują oraz jak traktują blogerów. Dla mnie jest to przejaw braku szacunku i mam nadzieję, że jest to jedynie etap przejściowy, zanim ostatecznie ustalą nowe zasady.

      1. Otóż to. Gdyby uczciwie napisali, że z takich czy innych względów muszą podziękować za współpracę, wszystko byłoby w porządku. Chodzi jedynie o jasność sytuacji. A wyszło tak, że nie wiadomo, czy nadal chcą z danym blogerem współpracować, czy nie, ale bloger ma nadal promować ich książki, nawet jeśli może nie liczyć na możliwość zrecenzowania danej książki. Tak jakby jeszcze na koniec chcieli wycisnąć, ile się da z blogera, póki ten się nie zorientuje sam, że jest wykorzystywany.

      2. Zabawie się w adwokata diabła ale współpracuję z nimi i nie zostałam potraktowana w nieprzyjemny sposób. Po pierwsze nie dostalam takiego maila, po drugie nawet jakbym dostała to też bym to przeżyła. Jeżeli bloger robi zestawienie zapowiedzi to robi je bazujac tylko na ksiazkach wydawanych przez „swoje” wydawnictwa? Przeciez nikt nie kazał nikomu pisać recenzji bez znajomosci książek, a jedynie wyslali typowy newsletter.

        1. Uważam, że brak informacji o zmianie polityki wydawnictwa jest przejawem braku profesjonalizmu i do tego w dużej mierze odnosiła się moja poprzednia wypowiedź.

          A zestawienia mają to do siebie, że są przygotowywane w kontekście książek różnych wydawnictw i nikt nie prosi o to, by wspomnieć o konkretnych tytułach (przynajmniej tak przypuszczam, sama ich nie przygotowuję). W tym wypadku byłaby to reklama tego jednego wydawnictwa. Jeśli mam zareklamować konkretny tytuł, to chcę go najpierw poznać i uważam, że to powinno być oczywiste.

          Ja też „przeżyłam” tego maila i zwyczajnie go zignorowałam :)

          1. Ja też ciągle nie dostałam takiego maila, ale jestem niezwykle ciekawa, czy dostanę. Po prostu zastanawia mnie choćby to, jak oni tę całą sytuację wyjaśniają. Może fakt, że tak nagle zmieniła się u nich polityka odnośnie do marketingu, jest też spowodowany tym, że do ich kręgów dołączyło kilka nowych osób? Z tego, co wiem, jedna lub dwie właśnie na dział promocji.

          2. Mam wrażenie, że wprowadziłam nieścisłość. Przepraszam. Chodziło mi o to, że powinien pojawić się mail o zmianie polityki, ale niestety nic takiego nie nastąpiło. O zmianie dowiedziałam się wtedy, gdy napisałam do pani Kingi w sprawie książki do recenzji.

            A zignorowałam ten mail-newsletter ;)

          3. A ja pisząc czy będzie można zamówić egz.recenzencki dostałam tą wiadomość. Trochę zrobiło mi się przykro, bo to jest czekanie na niewiadome, a poza tym, nie wszystko jest w moim guście czy kogoś innego i jak nam zaproponują coś, czego nie przeczytamy… To jest bez sensu. Mi zrobiło się przykro, ale żyję.

  6. Ja przez ponad 2 lata blogowałam o książkach tylko i wyłącznie. W pewnym momencie dopadło mnie zmęczenie. Tematyka jest wąska, to raz. Dwa, że tak naprawdę blogerzy książkowi NIE POTRAFIĄ zrobić nic oryginalnie. Wszędzie praktycznie te same treści, te same kategorie, nawet recenzowane książki się powielają, a ileż można?

    Ja nigdy nie miałam żadnej współpracy recenzenckiej, czytałam to, co chciałam i o tym pisałam. To mi zapewniało niesamowity komfort. Jedynie czasem, kiedy miałam taką możliwość, podsyłałam link do recenzji autorowi, ale to tyle. Gdyby inni autorzy blogów książkowych też zdecydowali się na kierowanie się swoim gustem, a nie tym, co zaproponuje wydawnictwo, byłoby dużo lepiej.

    1. Też tak miałam z poprzednim blogiem! Po trzech latach próba napisania kolejnej recenzji wywoływała u mnie odruch wymiotny. :p Zdecydowanie wolę taką formę jak teraz – piszę o różnych rzeczach, a czasem o książce, którą chcę się podzielić. Albo przed którą chcę ostrzec innych. :D

  7. Cieszę się, że poruszyłaś ten temat, bo nawet wczoraj spędziłam trochę czasu, rozmawiając o tym z rodziną i znajomymi (w kontekście tego pytania, o którym napisałaś, wypowiedzi na profilu Ćwieka oraz jego felietonu, który czytałam już jakiś czas temu). Co prawda nie jestem pewna, czy jako osoba, która ma współprace barterowe (w tym z rzeczonym wydawnictwem „zareklamujcie za darmo, bo nie mamy egzemplarzy”), powinnam się wypowiadać, bo to swoista ignorancja, ale i tak to zrobię, ponieważ boli mnie to, jak obecnie wygląda blogosfera książkowa.

    Wśród oczywistych wniosków, które mi się nasunęły, pojawia się to, o czym Ty również wspomniałaś. Wydawnictwa podejmują współpracę z osobami, które nijak nie należą do ich grupy docelowej. Niektóre wydawnictwa w ogóle nie odpisują blogerom, więc ci co bardziej zdeterminowani wysyłają dziesięć, dwadzieścia maili i mam wrażenie, że dorabiają się współpracy „dla świętego spokoju”. Nawet jeśli w ogóle się do tego nie nadają. Wydaje mi się, że problemem jest brak jasnych wytycznych dotyczących współpracy. Ale skoro nie ma zasad i nie wiadomo, czego wydawnictwo oczekuje, to dlaczego nie próbować w nieskończoność? Gdyby stworzyć reguły/formularz, które bloger powinien spełnić, żeby móc liczyć na współpracę, to w prosty sposób można by odsiewać osoby, które nawet nie poświęciły czasu, żeby zapoznać się z kryteriami. Jakie miałyby to być zasady? Chociażby podanie linku do recenzji książki danego wydawnictwa. W ten sposób od razu widać, czy ktoś w ogóle zna to wydawnictwo, czy tylko pisze do wszystkich jak leci. Można poprosić o napisanie o książkach, które bloger czytał lub chciałby przeczytać oraz DLACZEGO akurat te pozycje wpadły mu w oko (oczywiście najlepiej danego wydawnictwa, chociaż ja osobiście poprosiłabym też o inne pozycje, żeby sprawdzić „inny gust” – nie pod publiczkę). Możliwości jest wiele, aby na etapie maila przeprowadzić pierwszą weryfikację i odrzucić osoby niedbałe, leniwe, bezczelne. Drugim etapem weryfikacji jest zapoznanie się z blogiem i jakością zamieszczanych na nim recenzji. No bo nie ukrywajmy, sama nie jestem geniuszem i moje recenzje nie powalają na kolana, ale gdy widzę niektóre potworki, to jest mi słabo. A co gorsza tacy blogerzy mają niejednokrotnie po dziesięć (lub więcej) współprac. Dlaczego? Bo nie mają oporów, żeby pisać do wydawnictw? Bo są upierdliwi? Bo mają duże zasięgi? Tylko warto się zastanowić, czy te zasięgi cokolwiek dadzą, jeśli bloga odwiedza zupełnie inna grupa docelowa i autor może liczyć co najwyżej na komentarz w stylu: „super, że ci się podobało, ale ja nie przeczytam, bo to nie moja bajka”.

    Z jednej strony rozumiem też potrzebę wydawnictwa, by współpracować z osobami, które mają duże zasięgi, ale z drugiej rozwala mnie polityka niektórych z nich. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałam na temat jakiejś współpracy i stwierdziłam, że właściwie bardziej niż na książkach zależałoby mi na wzajemnej reklamie. Spytałam, czy w związku z tym wydawnictwo zgodziłoby się na umieszczanie na swoim profilu facebookowym moich recenzji (już nawet tylko tych pozytywnych, niech stracę :P), a w zamian ja dodam ich logo i będę informować o ich nowościach wydawniczych. Dostałam odpowiedź, że raczej nie udostępniają recenzji na fanpage’u (nawet recenzji tych książek, które sami wysłali). I tak się nad tym zastanawiam: dlaczego? Przecież oni też by na tym skorzystali. Jeśli zareklamują mój blog, to zwiększą mój zasięg, a tym samym szanse na dotarcie z informacją na temat ich książki z mojego bloga będą zdecydowanie większe. Polityka takich wydawnictw wydaje mi się cokolwiek dziwna. Zupełnie jakby nie mieli PRowców ani marketingowców.

    Wydaje mi się, że blogerom książkowym brakuje dyscypliny, pokory i pewnej samoświadomości. Jest wiele bardzo dobrze i ciekawie piszących osób, ale nie mają szans wybić się w obliczu natłoku miernoty lub „potentatów”, którzy zgarniają większość uwagi. O ile „potentaci” osiągnęli swój sukces dzięki ciężkiej pracy i teraz zasłużenie odcinają kupony, o tyle miernota zalewa Internet i sprawia, że coraz rzadziej czytam recenzje blogerów, których nie znam. Bo przeważnie szkoda mi czasu na coś, co pewnie nic nie wniesie do mojego życia. Ale z drugiej strony, jak nabrać tych wszystkich cech, o których wspominałam, skoro tylu blogerów żyje w przeświadczeniu, że są doskonali? Napiszą do wydawnictwa, dostaną współpracę, a komentarze większości osób ograniczają się do: „ale się rozpisałaś!”, „zupełnie nie mój klimat”, ewentualnie „świetny blogasek/wpis/cokolwiek, zapraszam do mnie”. Brakuje w tym wszystkim chęci do nauki i rozwoju, a za dużo miejsca zajmuje pazerność i potrzeba osiągania namacalnego zysku za „pracę”.

    Bo tak, uważam, że pisanie recenzji jest formą pracy i 30 zł za recenzję to mało. Pracuję jako copywriter i za taką stawkę mogłabym napisać najwyżej 2/3 strony tekstu. A tu mówimy jeszcze o przeczytaniu książki, wyciągnięciu wniosków, poszukaniu informacji o autorze itp. To dlaczego sama mam współprace? Ponieważ biorę te książki, które i tak bym kupiła i przeczytała. A dzięki temu nie zalegają latami na półkach i trochę odciążają mój portfel :) Jeśli wiem, że w najbliższym czasie nie będę czytać danej pozycji, to sama ją sobie kupuję. Proste, ale wymaga tej samoświadomości, o której pisałam.

    Inna sprawa, że staram się, aby moje recenzje były rzetelne i nazwijmy to „rzemieślnicze”, ponieważ do artysty niestety mi daleko. Pewnie nie są szczególnie oryginalne i jako takie niewiele wnoszą do blogosfery, ale zawsze są poparte moimi indywidualnymi odczuciami (chyba właśnie wrzuciłam się do jednego worka z miernotą, ale cóż, taka prawda). Nie wyobrażam sobie, aby napisać pozytywną recenzję, gdy książka mi nie odpowiada. W ramach współpracy wybieram tylko te książki, które naprawdę chcę przeczytać, ale zdarza się, że ostatecznie nie przypadają mi do gustu. A wtedy nie mają co liczyć na łagodne potraktowanie.

    Dobrze, że poruszyłaś ten temat i mam nadzieję, że trafi on do jak największej grupy osób. Większość z nich pewnie przejdzie nad nim bez najmniejszej refleksji lub uzna, że ich ten problem nie dotyczy, ale może kilka osób stuknie się w głowę lub zamyśli nad własnym blogiem i popracuje nad poprawą jakości swoich wpisów. Liczę na to i dziękuję Ci za te wszystkie, dość brutalne, wnioski :)

    A gdybyś chciała pogadać na ten temat mniej formalnie niż w komentarzach (bo jak widać trochę się rozpisuję), to polecam się w formie mailowej, messengerowej, hangoutowej :)

    1. Hej, cieszę się, że tu zajrzałaś, bo kojarzę Ciebie i Twojego bloga. :)

      Napisałaś: „Wydaje mi się, że blogerom książkowym brakuje dyscypliny, pokory i pewnej samoświadomości.” – moim zdaniem trafiłaś w samo sedno. Blogerzy nie mają ochoty się rozwijać, nie mają ochoty przemyśleć swojego zachowania, a co dopiero – analizować czytane teksty. Ma być więcej, szybciej, żeby wrzucić coś na blog.

      Pewnie, że się do Ciebie odezwę! :)

  8. Tekst idealnie oddający sytuację. Gdy w komentarzu wytłuszczyłam jednej z blogerek kilka przykładów błędów językowych/składniowych itd. dostałam odpowiedź, że jak mi się nie podoba, to nie muszę czytać :D A to właśnie blogerzy, poza pisarzami, kształtują wyczucie językowe, którego i tak brakuje obecnie młodzieży – jak mają się zatem nauczyć (poza szkołą) poprawnej polszczyzny, jeśli wszędzie, nawet na blogach o literaturze(!) mają do czynienia z jednym wielkim bełkotem? Co więcej, ta sama blogerka wyśmiewała się niemalże z autora, któremu nie spodobała się jej recenzja – owszem, świadczy to też o braku profesjonalizmu autora, ale tejże blogerki także.

    1. „Jak Ci się nie podoba to nie musisz czytać”? Jak ja nie znoszę takiego ucinania wszelkiego dialogu. Przecież po to przebywamy w blogosferze – dla ludzi, dla kontaktu z nimi. A zagrania tego typu świadczą chyba tylko o strachu przed myślącym odbiorcą po drugiej stronie.

      1. Najgorsze jest to, że ta blogerka ‚zgarnęła’ ostatnio do współpracy kolejnych kilka grafomanek.. A przeczytane egzemplarze recenzenckie sprzedaje jako nówki sztuki nieśmigane.. Do tego wszechobecne serduszka, buziaczki i inne ‚super’ emotki. Szczerze mówiąc sama nie wiem czemu mam nadal polubioną tę stronę na facebooku, chyba żeby się dowartościować, że lepiej piszę i gdybym miała czas, sama mogłabym prowadzić taki blog, tyle że z lepszym contentem.

  9. Smutne ale prawdziwe. Podziwiam za odwagę powiedzenia tego głośno. Mój blog istnieje od blisko trzech lat i przez ten czas wiele się zmieniło. Na początku zależało mi na współpracy i egzemplarzach recenzenckich od wydawnictw, czytałam głównie nowości, bo na inne lektury brakowało już czasu, i chwilami byłam naprawdę zmęczona tym „wyścigiem”. Dziś czytam to co chcę i kiedy chcę. Wydawnictwa nadal czesami przysyłają mi książki, ale już nie tak często, ja sama recenzuję może połowę z nadesłanych tytułów. Chociaż spadły mi statystyki, etc., już się tym nie martwię. Zaczęłam pisać w inny sposób, bardziej subiektywny i osobisty. Blog z recenzjami nowości zamienił się w stronę o literaturze, o której mało kto słyszał ;) O takiej która mnie autentycznie porusza, o autorach, którzy są (lub byli) na tyle fascynujący, że wpędzają mnie w obsesję, by przeczytać wszystko co opublikowali. Tak wolę, odkurzać starocie i odkrywać niedoceniane tytuły, niż promować to co dziewięćdziesiat procent innych blogerow książkowych. Nawiasem mówiąc, coraz częściej kupuję książki w antykwariatach, chociaż i na nowości czasem się rzucam ;) Tylko jedno się nie zmieniło, uwielbiam publikować – ale też ogladać u innych – zdjęcia książek. Książkofilia jest chyba nieuleczalna ;) Pozdrawiam :)

    1. Myślę, że taka droga daje więcej satysfakcji – wiem to z własnego doświadczenia. I również uwielbiam robić i oglądać zdjęcia książek, myślałam, że mi się znudzi, ale mam instagrama już dwa lata i nie zapowiada się, bym miała tego dosyć. :D

      PS. W disqusie nie ma linka do Twojego bloga – co prawda już znalazłam, ale może warto o do zadbać dla innych (ja mam z disqusa całkiem dużo wejść na blog). :)

      1. Dokładnie, teraz robię to już wyłacznie z pasji i dla przyjemności :) Link zaraz dodam, byłam pewna, że jest, dzięki za zwrócenie uwagi ;)

  10. Ta wczorajsza sytuacja na tej grupie książkowej dała mi sporo do myślenia. I o wydawnictwie, i o recenzentach. Pytanie było rzeczywiście bezsensowne, ale wydaje mi się, że dziewczyna nie planowała promować w ten sposób książek wydawnictwa, a przynajmniej, że miała jakieś wątpliwości (dobre i tyle, bo niektórzy nawet ich nie mają). Może po prostu chciała rozeznać się w sytuacji i dowiedzieć się, czy ta współpraca rzeczywiście ma być aż tak absurdalna, czy może ona coś źle zrozumiała. Mniejsza z tym.
    Przykre jest to, że zapewne wiele osób i tak zgodzi się na takie warunki, może z myślą, że kiedyś wydawnictwo się odwdzięczy. Ale cóż, blogosfera taka była, taka jest i taka będzie, i wątpię, aby kiedykolwiek to się zmieniło.
    Te zdania, które wyjęłaś z recenzji, to tylko oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. :D Prześledziłam całą tę aferę z Ćwiekiem i trudno się dziwić jego oburzeniu. Czytać książkę, która ewidentnie jest kontynuacją, nie znając pierwszej części, to już szczyt. A później na dodatek mówić, że była jakaś dziwna, pogmatwana i skomplikowana. Mnie natomiast zastanowiło jeszcze to zdanie – „Czasami miałam wrażenie, że osoba z początku książki jest tą samą z końcówki książki.” – dłuższą chwilę musiałam zastanowić się nad jego sensem i dalej nie wiem, czy dobrze odczytałam, co autorka miała na myśli…
    Najgorsze jest chyba to, że jeśli ta dziewczyna nie jest jakoś szczególnie na bieżąco z tym, co się dzieje w blogosferze, to prawdopodobnie i tak nie dowie się o całej akcji. I będzie dalej żyła w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, wydawnictwo egzemplarz wysłało, recenzje napisałam, dostałam kilka komentarzy i wyświetleń. Kiedy wydawnictwa tak nierozważnie wybierają sobie recenzentów, to szczerze mówiąc, tylko im szkodzą, bo pielęgnują w nich na dodatek to przekonanie, że są wyjątkowi, niezwykli etc. A sytuacja, o której wspominasz z propozycjami współprac, które przychodziły Ci jeszcze pół roku później na maila – ci blogerzy powinni o tym usłyszeć.
    Niestety to wydawnictwo zawsze było kojarzone raczej z tym, że łatwo u nich o współpracę, więc to już nie pierwszy raz, kiedy widziałam recenzję książki, która wygląda wręcz dziwnie na czyimś blogu, bo tak odstaje tematycznie, ale jednak recenzowana jest. Nie mówiąc już o tym, że to wydawnictwo ma świetnych grafików i trzeba przyznać, że naprawdę przykłada się do wydań, tak więc podejrzewam, że część osób choćby tylko dlatego chce dostawać ich książki.
    Kolejna rzecz jest taka, że takie recenzje, jak chociażby ta „Grimm City”, to zwyczajny brak szacunku dla autora. Dobrze przynajmniej, że Ćwiek jest tak bezpośrednią osobą, bo warto było trochę nagłośnić tę sprawę. Tu już po prostu działa niewłaściwa polityka marketingowa wydawcy. Bo o ile roześlą książki kilku „popularnym” blogerkom, to niestety ta popularność często opiera się na zasadzie – kilkanaście „zaprzyjaźnionych” blogerek skomentuje mi wpis, to ja skomentuję im. O takich komentatorów czy obserwatorów naprawdę łatwo. Tylko że nijak ma się to do rzeczywistości, bo niby ktoś dostanie komentarz – „Książka mnie zaciekawiła, na pewno przeczytam. Świetna recenzja!” – ale podejrzewam, że taka recenzja nie sprawi, że ktokolwiek po tę książkę rzeczywiście sięgnie.
    Szkoda jeszcze tego, że rzeczywiście w ten sposób nie docenia się innych blogerów. Czasami, jak widzę recenzję książki, którą sama czytałam i recenzowałam, a która zawiera w porywach dziesięć zdań, to tak się zastanawiam, czy ktoś w ogóle czyta te moje wpisy po dwie kartki A4. Ale nie narzekam, bo przynajmniej czuję się w porządku sama ze sobą i wiem, że wywiązałam się ze współpracy najlepiej, jak mogłam.
    Hmm… mogłabym do Ciebie napisać przez jakieś medium? Bo ostatnio też wynikła taka jedna akcja, ale wolałabym już nie pisać o tym w komentarzach, a w sumie ciekawa jestem, czy odebrałabyś to podobnie jak ja. :)

    1. Wiesz, cieszę się, że Jakub Ćwiek potrafi mówić o takich rzeczach głośno. Uważam, że to jest potrzebne. Sama piszę powieść i domyślam się, że musiał poczuć się dotknięty (albo wściekły) po przeczytaniu takiego tekstu.

      To ciekawe, co piszesz o Wydawnictwie Literackim. Czyżby komunikacja między pracownikami u nich nawalała? :D

      Jasne, pisz do mnie na facebooku albo na maila: kontakt@partyzantka.com.pl, jak wolisz. :)

      1. Cóż, kilkoro ludzi, z których każdy ma zapewne trochę inne wymagania… zawsze łatwiej o współpracę. Można powiedzieć, że kilka razy większe prawdopodobieństwo otrzymania pozytywnej odpowiedzi na maila. ;) Choć wiem, że to ciągle nie jest żadne usprawiedliwienie.
        Jak znajdę chwilę czasu, to na pewno napiszę. :)

  11. Poczułam się dotknięta. Nie dlatego, że nie zgadzam się z Twoim tekstem, a raczej dlatego, że wszystkich blogerów i wszystkie wydawnictwa wrzuciłaś do jednego worka. Poczułam się dotknięta, bo choć zjawisko prostytucji blogowej istnieje (i nie wiem, czy nie zaliczyłabym do niej także wpisów na fejsbuniu ,,obs/obs, kom/kom“), to takie generalizowanie mnie osobiście się nie podoba. Prowadzę blog książkowy od niedawna, dokładnie od stycznia tego roku. Jedyne, co do tej pory wyniosłam z tzw. blogosfery to fakt, że wszyscy mają do kogoś o coś pretensje. Blogerzy do blogerów, blogerzy do wydawnictw, wydawnictwa do blogerów. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że nie każdy powinien pisać oraz że poziom niektórych blogów książkowych woła o pomstę do nieba; zgadzam się z tym, że ogromna część recenzji to koszmarki, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jednak nie do końca rozumiem Twoje zarzuty względem wydawnictw.

    Książki dostarczane są recenzentom, których blogi są chętnie czytane i na których zobaczy je więcej osób. Nie od dziś wiadomo, że niektóre wydawnictwa nie wyślą Ci książki, jeśli nie prowadzisz bloga od 50 lat i nie masz 1000 obserwatorów. Na szczęście są chlubne wyjątki, ale ogólnie to jeden z powodów, dla których do tej pory nawiązałam, nieregularną zresztą, jedyną współpracę z wydawnictwem. Spróbowałam, fajnie wyszło, w porządku. Nie widzę jednak powodu, dla którego miałabym żebrać o nowe książki. Wychodzę z założenia, że nie robię nikomu łaski prowadząc bloga – i vice versa. Jeśli chcę mieć jakąś książkę, po prostu ją kupuję i nie jest dla mnie ważne, czy to nowość, wydanie w twardej okładce (bo kieszonkowe są przecież nie halo) czy z obrazkami, więc nie do końca rozumiem ten mechanizm. Mnie zresztą ten problem w ogóle mało dotyczy, bo jednak lubuję się w starszych pozycjach, a pogoń za nowościami to dla mnie jakieś dziwne, niezrozumiałe szaleństwo.

    Trzeba jednak zauważyć, że dziwnym trafem takie właśnie blogi pełne błędów – ortograficznych, interpunkcyjnych i rzeczowych – mają często ogromną liczbę odbiorców. Tego typu teksty łatwiej się czyta, nie wysila się ani bloger ani czytający. Smutne to trochę, ale co zrobić?

    Zgadzam się z brakiem oryginalności, ale nie w kwestii samych recenzji czy braku analizy (sama nie szukam i nie lubię recenzji rozkładających powieść na czynniki pierwsze), a w kwestii tego, o czym się pisze. Rzygam już ,,Słowikami”, ,,Małym życiem”, Mrozem, Bondą, ,,Królową czegoś tam” i wszystkim innym, co robi w książkowej blogosferze tak oszałamiającą karierę. Wszędzie te same i takie same recenzje. Tak, oryginalności zdecydowanie niet.

    Nastolatki nie potrafiące sklecić jednego zdania bez błędów? To nie tylko domena nastolatek. Blogosfera (nie tylko książkowa) roi się od byków, od których mam ochotę odkręcić sobie oczy. Zgadzam się – kiedy w 10 na 10 blogów czytam ,,na prawdę”, ,,bynajmniej” zamiast ,,przynajmniej” i użyte źle ,,także” to mnie trafia.

    Zgadzam się z ogromną częścią tego tekstu. Ale nie zgadzam się na bycie ocenianą na podstawie blogowego kolektywu, którego częścią zresztą niespecjalnie się czuję.

    1. Hej, cieszę się, że napisałaś. Widzisz, uproszczenie było mi w tym tekście potrzebne – nie chciałam rzucać, co oczywiste, konkretnymi nazwami (to byłby cios poniżej pasa), nie chciałam również osłabiać wydźwięku sakramentalnym „ale oczywiście to nie wszyscy, to tylko moje zdanie, proszę, nie gniewajcie się” na końcu (co, o dziwo, robi wielu blogerów). Gdybym podeszła do sprawy bardziej drobiazgowo, całość musiałaby mieć kilkukrotnie większą objętość – a nie o nudny wywód mi chodziło. Wpis miał dać ludziom do myślenia.

      Masz rację, że blogi są tak naszpikowane błędami, że to aż zaskakuje. Nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, gdy czytam młodszego blogera, ale mam wrażenie, że coraz częściej błędy są wynikiem pośpiechu i niedbalstwa.

      Haha, zgodzę się, że czasem jest szał na jakiś tytuł i wtedy cała blogosfera czyta jedną powieść. :D Teraz już aż tak tego nie widzę, ale gdy prowadziłam blog książkowy i czytałam niemal wyłącznie strony o tej samej tematyce, to była prawdziwa plaga.

  12. Bawię się blogosferą prawie rok. Wiele widziałam, wiele poznałam, wiele się dowiedziałam. Jest to szerokie środowisko – od nastolatek, po osoby pracujące, fanatyków fantastyki, miłośniczki literatury kobiecej, czytelników kryminałów, sensacji czy zwolenników biografii i poradników. Sporadycznie widuje się poezję – tutaj trzeba bardziej wysilić się z interpretacją, pomyśleć i wyrazić swoje zdanie.
    Tak jak napisałam – bawię się. Dlaczego? Bo jest to moja pasja, moje oderwanie się od rzeczywistości, pracy i obowiązków. Mój kawałek podłogi w wirtualnej przestrzeni. Jednak z racji tego, że jest to moja pasja, to co robię staram się wykonywać najlepiej jak się da. Poświęcić czas, skupić się, zebrać myśli, pokazać swój punkt widzenia i własne przemyślenia. Czy się opłaca? Nie, zwyczajnie nie jeśli jeśli robimy to tylko dla egzemplarzy recenzenckich. Jeśli nawet tkwię w jakiejkolwiek współpracy bloger-wydawnictwo, bloger-autor to nigdy nie odbiegają one od mojego gustu czytelniczego. Ma to swoje plusy i minusy, wiem co już było, co jest nowego, a co jest zwyczajną kopią. Wtedy o krytykę bardzo łatwo z mojej strony.
    Wiele jest blogów, które skaczą po literaturze i rodzajach książek. Od romansów, przez sensację, zatrzymując się na książkach historycznych. Taki trochę chaos, ale jak książka za free to czemu, nie brać prawda? Mam wtedy wrażenie, że materializm osiągnął apogeum. Jednak po chwili blogosfera znowu mnie zaskakuje i już wiem, że się myliłam.
    Kilka dni temu spotkałam się z wpisem, który zawierał ok 20 egzemplarzy recenzenckich otrzymanych w ciągu jednego miesiąca. Biorąc pod uwagę, że najczęściej mamy ok 2tyg na przeczytanie i napisanie recenzji to nawet w tym czasie wyrobienie się w terminie graniczy z cudem. No ale w końcu mamy kolejną nowość na półce.
    Innym wariactwem rozbrajającym mnie w blogosferze są komentarze typu „Nie mój gust czytelniczy. Zapraszam do mnie. .” Serio? Ludzie przecież tyle książek czytacie, takie macie bogate słownictwo i tylko tyle potraficie napisać? Pozostawię to bez komentarza.
    Jednak najbardziej rozśmieszają mnie negatywne recenzje i ich odbiór przez wydawnictwo. Nie raz na własnej skórze odczułam jak negatywna opinia = koniec współpracy z Wydawnictwem. Czy będę płakać z tego powodu? Nie! To tylko pokazuje mi na jakiś wartościach opierała się współpraca. Kiedy coś jest pozytywne i chwalone, jest fajnie, wyraź swoje odmienne, niepochlebne zdanie i już jesteś zły. Nie dziwi mnie to, że wiele osób pod egzemplarzem recenzenckim wystawia pochlebne poematy. Zaczynam się przyzwyczajać.
    Kiedyś bardzo irytowały mnie recenzje na 2-3 akapity, z których jeden zawierał opis książki z okładki. Zawsze wtedy stwierdzam sobie pod nosem „no to się dowiedziałam”. Serio? Tylko tyle? Nie stać Was aby pomyśleć? Zebrać myśli i uzasadnić swoje zdanie, swój gust czytelniczy? Ehh…

    Mimo wszystko myślę, że to nie jest stan agonalny blogosfery książkowej. Prawdziwi pasjonaci będą tutaj cały czas mimo życia realnego. Ci wszyscy chwilowi miłośnicy w końcu nie podołają ogarnięciu wszystkich obowiązków. Część blogów odpadnie podczas „naturalnej selekcji”. Dla mnie jest to po prostu czas przetrwania i sprawdzenia się. A blogi cały czas będą powstawać, w końcu mamy XXIw i stały dostęp do internetu.
    Jeśli już miałabym stwierdzić stan agonalny to nastąpi on w momencie kiedy blogerzy coraz częściej będą udostępniać na chomikach i tym podobnych stronach przedpremierowe pliki i ebooki niszcząc tym samym sens prowadzenia bloga, już o pracy autora i poszanowaniu cudzej wartości nie wspominając. A zaufanie? Czy w internecie coś takiego jeszcze istnieje?

    Mam nadzieję, że nie zanudziłam.
    Pozdrawiam Wiedźmowo
    Zaczytana Wiedźma

    1. Pozwolę się odnieść do jednego twierdzenia. Powiem szczerze, że czekałam na nie. Mówię naturalnie o tym, że wielu blogerów „bierze” wszystko, co można nie zwracając uwagi na gatunek. To ja! Czytam naprawdę wszystko: fantastykę, SF, romanse, kryminały, thrillery, poradniki… chyba tylko erotyku nigdy nie czytałam. Nigdy nie umiałam się ograniczyć do jednego gatunku. I tak, obecnie większość literatury, którą czytam dostaję do recenzji. Lecz to tylko metoda na odchudzenie portfela, inaczej pewnie bym ją kupiła.

      Co do komentarzy, to się zgadzam. Jeśli człowiek nie ma nic do powiedzenia, niech nie ubiera tego w słowa. To się tyczy też recenzji. Chociaż podziwiam te blogerki, które piszą ponad 4 tys znaków a w recenzji nie ma żadnej treści, nic nie można się dowiedzieć. To jest sztuka :D

      Niestety blogerzy umieszczają pliki na chomikopodonych stronach. Ostatnio była jakaś afera, z umieszczeniem przedpremierowym pdf-em własnie na gryzoniu. Zdaje się, że autorka postanowiła podjąć jakieś kroki prawne w związku z tym. Innym razem, dawno temu, blogerka sprzedała na alledrogo egzemplarz przed korektą. Zdaje się, że zakończenie miało być redagowane.

      1. @zaczytanawiedma:disqus , jak miło przeczytać ten pozytywny akcent na końcu Twojego komentarza. :) Przyznam, że ostatnio jestem szczególnie wyczulona na to, czy recenzent wyraża własne zdanie. I często zdarza się, że jest to tylko stwierdzenie, czy książka się podobała, czy nie. Denerwuje mnie to, bo po to czytam, by poznać czyjeś zdanie.

        A te komentarze – daj spokój, brak słów. :p U mnie na Partyzantce zdarzył się taki jeden, kiedyś. Usunęłam go.

        Co do współpracy z wydawnictwami – miałam jeszcze bardziej hardkorową sytuację – wytknęłam błędy w korekcie, a wydawnictwo zagroziło mi sądem. Była z tego niezła afera. :D

        @chiyomeblogspot:disqus Myślę, że to kwestia trudna do rozstrzygnięcia. Bo o ile faktycznie niektórzy dopiero kształtują swój gust czytelniczy i próbują różnych gatunków (albo po prostu lubią taką różnorodność), o tyle wiele osób po prostu bezrefleksyjnie bierze do recenzji wszystko jak leci.

  13. Nie jestem blogerką książkową, ale kiedyś czytałam chętniej blogi recenzenckie. Teraz trochę się boję wchodzić na te niesprawdzone. Często się zdarza, że nawet nie ma opisu danej książki! Nie wspominając o błędach interpunkcyjnych i ortograficznych.

  14. nie jestem blogerką książkową, ale jestem pewna że ten problem dotyczy całej blogosfery. nie tylko książkowej. całej. kosmetycznej, modowej, kulinarnej itd. ale to się będzie zmieniać. powoli, ale będzie szło ku lepszemu, bo jak już zauważyłaś właśnie dno zostało osiągnięte. teraz można się już tylko odbijać. ci co na dnie zostaną, to wiadomo. zostaną na dnie.

  15. Bloga założyłam niedawno. Nosząc się z tym zamiarem robiłam mini-reasearch. Przeczytałam kilka recenzji i nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać.
    Kilka pierwszych na które trafiłam miało po kilkanaście zdań. KILKANAŚCIE. Ani słowa na temat autora, ani słowa na temat narracji i zastosowanych motywach… zero jakiejkolwiek analizy ze strony czytelnika. „Fajne bo fajne bo mi się podobało”. Oczywiście każda z nich była okraszona słodką warstwą wazeliny i dopiskiem „książkę miałam okazję zrecenzować dzięki uprzejmości wyd….”.
    Jak tu prowadzić dyskusję skoro bloger boi się w jakikolwiek sposób wyrazić własne zdanie bo może nie dostać już gratisów? A może nie ma zdania bo nie zdążył go sobie wyrobić jeśli pięć minut po skończeniu pierwszej darmowej książki złapał za kolejną bo przysłali mu 15, a zobowiązał się napisać o nich w 2 tygodnie?
    Osobiście lubię recenzować, rozmyślać nad każdą przeczytaną książką. Może jeszcze nie wyrobiłam sobie stylu i lekkości pisania, ale nie czytam na czas ani na ilość… a mam wrażenie, że wielu blogerów tak właśnie robi. Wydaje mi się, że bardziej oglądają literki niż rzeczywiście czytają – przyjmują tekst, ale bez refleksji.
    Współpraca to nic złego, ale nie można dać się zwariować. Trzeba wyznaczyć jakieś zasady, racjonalne granice… nie rozumiem osób robiących ze swojego bloga jeden wielki słup ogłoszeniowy. Przecież czytelnicy nie są stadem baranów – w końcu zorientują się, że blog już dawno nie jest blogiem i odejdą.

    1. Niestety, jak Klaudyna z Kreatywy słusznie zauważyła w swoim tekście, blogerzy niejednokrotnie sami sobie narzucają taką pozę zbitego psa – wydawnictwa czasem wręcz proszą o szczerą opinię.

      Też lubię myśleć o przeczytanej książce, bo często mam trochę inne wnioski niż podczas lektury. W ogóle uważam, że dobra książka to taka, której nie można pozbyć się z głowy. :)

      Słup ogłoszeniowy to dobre porównanie – te wszędobylskie banerki z reklamami najnowszych książek strasznie mnie drażnią.

  16. Ojej!Powiem szczerze: wkurzył mnie Twój tekst. Rzadko kiedy aż tak się irytuje, czytając czyjeś wpisy na bloga, a tym rzadziej, jeśli moje ogólne odczucia są dość podobne. A jednak nie podoba mi się, Partyzantko, że w swoim tekście tak niesamowicie genrealizujesz i okazujesz swoją wyższość.

    Sama bloguję od dość długiego czasu i na moim Nieuleczalny Książkoholizmie znajdziesz recenzję naprawdę wszystkiego – od fantastyki, poprzez reportaż, aż do young adult i literatury kobiecej. Nie gardzę też klasyką. Dlaczego? Bo wciąż jestem nastolatką i wciąż szukam książek, które mi się podobają. Często też dobieram książki do nastorju – kiedy jestem zmęczona szkołą, to raczej nie będę recenzowała książek, które wymagają głębokiej refleksji, tylko jakieś rozrywkowe głupotki. A jeżeli mój blog jest moją pasją, czemu muszę się spinać i udawać kogoś, kim nie jestem? Żeby być spójna wizerunkowo?

    Bolesne jest to, że tak negatywnie wypowiadasz się o recenzentach, którzy współpracują z wydawnictwami. Doprawdy, nie mam pojęcia, skąd bierze się stereotyp, że wszyscy recenzenci będą chwalić beznadziejną książkę, bo dostali ją od wydawnictwa. Czytam naprawdę wiele blogów i na żadnym nie spotkałam się z taką praktyką. Sama przyznam, że czasem boję się dodać bardzo pozytywną recenzję, bo nie wiem, czy nie zostanę uznana za niewiarygodną. Mam też wrażenie, przynajmniej ja tak robię, że większość recenzetów nie bierze wszystkich książek, jakie im się proponuje, tylko takie, które wpisują się w ich gust czytelniczy.

    Przyznam, że z większością zarzutów naprawdę się zgadzam, bo chociaż sama nie piszę świetnych recenzji, to jednak irytują mnie te składające się z 5-10 zdań niepowiązanych ze sobą w żaden logiczny sposób. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie błędy językowe , Zastanawiają mnie blogerzy, którzy polecają jawne klumpy, ale cóż, każdy ma swoje gusta. Jest naprawdę wiele złych zjawisk w blogosferze książkowej, jednak sam ton Twojego tekstu mnie wkurzył… Nie lubię generalizowania, a może po prostu miałam zły dzień. W każdym razie, myślę, że sama pokuszę się o podobny tekst!

    1. Co do drugiego akapitu, to ja (28) lat nie wyrosłam z niezdecydowania gatunkowego i nazywam ten stan „szerokimi horyzontami”. Po co się ograniczać do jednego gatunku, jak niemal każdy oferuje coś interesującego?

    2. Hej, jestem ciekawa Twojego tekstu w takim razie! :)
      Co do poczucia wyższości — może to mylne wrażenie wywołane tym, że staram się dosadnie wyrazić swoje zdanie.

      Generalizowanie niestety było mi tu potrzebne, by tekst nie zajął kilkunastu stron. Nie chciałam też rzucać konkretnymi nazwami blogów, bo to byłby cios poniżej pasa. Z drugiej strony widzę, że przydałby się jakiś akapit, że nie wszędzie jest tak źle (bo oczywiście nie uważam, że wszyscy blogerzy książkowi są źli, inaczej dawno już bym ich nie czytała!). Widzę po komentarzach, że wielu osobom właśnie takiej wzmianki zabrakło. :)

      Jeśli tekst Cię wkurzył, to cieszę się, że udało mi się wywołać w Tobie emocje! :)

      1. Zapraszam na bloga :) Teraz, po dwóch dniach, chyba już Twoja opinia nie budzi we mnie aż takich emocji, może poza radością, że poznałam blog, który wygląda na naprawdę wartościowy :)
        Niestety, generalizowanie jest bolesne dla ludzi, którzy nieco odróżniają się od reszty blogerów.

  17. Zgadzam się z dużą częścią Twojej wypowiedzi, a z kilkoma kwestiami bym polemizowała.

    Prawdą jest, że blogerów książkowych nie traktuje się poważnie, a przynajmniej nie wystarczająco. Niedawno mówiła o tym na insta jedna z dziewczyn – że przestajemy się szanować. Że każdy inny bloger jest wynagradzany za swoją pracę, a w naszej strefie cieszymy się, jak otrzymamy za recenzję książkę.

    Ja nie mam i nie miałam żadnej stałej współpracy. Dostaję maile dotyczące pojedynczych książek. Jak są w zasięgu mojego zainteresowania, to się zgadzam, jeśli nie, to odmawiam. Również na blogu w zakładce „Kontakt / Współpraca” mam informację, że propozycja współpracy jest jednoznaczna ze zgodną na krytykę. Być może przez to nie dostaję tych ofert super dużo, ale nie rozpaczam – mam tak gigantyczną kolejkę książek, które chcę przeczytać, że jest mi to trochę obojętne. Mam jedno wydawnictwo, z którym być może chciałabym podjąć współpracę, ale póki co ani ja, ani ono nie wyszło z taką propozycją. Może kiedyś się do nich odezwę, ale wciąż nie jestem przekonana, czy w ogóle chcę się taką stałą współpracą z kimkolwiek wiązać.

    Nie zgodzę się w kwestii nastolatek – uważam, że dorosła osoba może pisać kiepsko,a nastoletnia mieć świetny warsztat. Ale rozumiem po komentarzach, że coś podobnego miałaś na myśli.

    Mnie męczy czasami presja, której staram się nie dać ponieść, ale bywa trudno. Presja szybkości czytania. Wiele nowości mnie pociąga i intryguje. Jednak zanim zamówienie z nimi dotrze, to milion osób napisze już przedpremierowe recenzje. Czasami myślę, że może powinnam szybciej, że nie wyrabiam, że to, co chcę opisać już nikogo nie interesuje, bo właśnie czytali 300 recenzji o tej książce wcześniej. A potem mówię sobie STOP. I przypominam sobie, po co w ogóle założyłam bloga. Przede wszystkim dla siebie, a że przy okazji coś się na nim dzieje, to super, ale to nie jest mój główny cel.

    Staram się nie zwariować (co nie zawsze jest łatwe) i nie dać presji. Presji czasu, ilości, nowości, lajków, komentów. Raz mi to wychodzi lepiej, raz gorzej. Jestem na różnych grupach wzajemnej promocji / blogerskich (nigdy kom za kom, obs za obs). Jednak jestem tam dlatego, że po pierwsze nawet jeśli jedna osoba wartościowa, którą zainteresuje mój blog do mnie trafi, to warto. Po drugie, dzięki tym grupom poznałam masę świetnych blogów, nie tylko z związanych z książkami.

    Czytam różne gatunki: literaturę młodzieżową (choć metryka już nie ta), kryminały, reportaże, fantasy i inne. I jeśli pytasz, co jeszcze irytuje mnie w blogosferze, to ocena piszącego przez pryzmat tego, co czyta, Można nie lubić jakiegoś gatunku, ale wkurza mnie, gdy ktoś krzywym wzrokiem patrzy, gdy czytam new adult albo oskarża, że na opinię ma wpływ fakt, że książka przyszła od wydawnictwa (z ostatnią sytuacją osobiście się nie spotkałam, ale widzę po blogerach, których lubię, że z takimi oskarżeniami się mierzą). Nie mówię, że tak się nie zdarza, ale żeby oskarżać, to warto mieć jakieś dowody.

    Czasami trudno nie dać się tym zawirowaniom. Czasami zazdroszczę ludziom współprac, masy nowości i zaoszczędzonych pieniędzy. A potem sobie myślę o tej mojej swobodzie i czekających na półkach książkach. I patrzę na nie z pewną czułością, bo wiem, że rzeczywiście chcę je przeczytać i zrobię to w swoim czasie, i podzielę się swoją opinią, do której zrobię kolejne zdjęcia z moim ukochanym kotem, i nawet jeśli przeczytam to tylko ja, mój mąż i kilkoro przyjaciół, to będę szczęśliwa. Bo mój blog to miejsce, w którym łączę trzy moje miłości – do kota, do książek i do fotografii. I wciąż szukam na blogu swojego stylu, bawię się, eksperymentuję, a w blogosferze moszczę sobie jakiś swój kawałek podłogi. I jak przy okazji rozgości się obok kilka osób, to super.

    To ważny tekst i fajnie, że wywołał dyskusję.

    1. Twoje podejście do współpracy jest bliskie mojemu. Też uważam, że nic nie tracę, bo na półce mam masę książek do przeczytania, poza tym w bibliotece również znalazłabym dla siebie masę ciekawych rzeczy.

      Podoba mi się to, w jaki sposób napisałaś o swojej swobodzie. Przypomniałaś mi o czasach na moim poprzednim blogu – recenzowałam sporo książek właśnie dla wydawnictw i uważam, że strasznie marnowałam wtedy czas – przecież nie mogłam odłożyć książki, gdy mi się nie podobała albo nie miałam o niej nic do powiedzenia – zawsze trzeba było doczytać i sklecić jakiś tekst. Teraz mam większy luz i dzięki temu dużo większą przyjemność z czytania.

      Wiesz, u mnie też zazwyczaj jest niezbyt wiele osób na blogu. Ale dzięki temu trafiają tu ogarnięci ludzie i gadają ze sobą na poziomie, także to ma swoje plusy. :)

      PS. Głaski dla kota. <3

  18. Sama mam bloga od niespełna roku. Moja decyzja o jego założeniu była spontaniczna, czego trochę dzisiaj żałuję. Gdybym bardziej rozeznała się w specyfice środowiska zapewne wstrzymałabym się z własnym projektem nie chcąc być postrzeganą przez pryzmat „blogera książkowego”. Jest mi trochę przykro kiedy jestem kategoryzowana i odrzucana bez dania mi szansy, nie czarujmy się większość osób nienależących do blogosfery jest do Nas WSZYSTKICH uprzedzona właśnie ze względu na opisane przez Ciebie zachowania. Co prawda nie piszę dla poklasku i odsłon bloga ale chciałabym przekazać opinię o książce jak najszerszej liczbie osób, by je nią zainteresować, zachęcić do przeczytania i do dyskusji. Niestety, nie jest mi to dane, moja opinia niknie wśród dodawanych właściwie co dwa dni postów blogerów, którzy chyba ograniczają swe życie jedynie do czytania i konstruowania dość średnich postów. U mnie opinie lub posty o innej tematyce pojawiają się raz lub dwa razy na miesiąc. Pewnie jest to moje zboczenie ale lubię napisać notatkę „na brudno”, wrócić do niej za jakiś czas, przeredagować, sprawdzić a później poprosić o dodatkową korektę mojego chłopaka lub współlokatorkę. Robię to wszystko z szacunku do moich czytelników oraz do samej siebie, gdyż nienawidzę ostatnio bardzo popularnego na książkowych grupach fb motta „to moje hobby nie muszę pisać po polsku”.
    Pozdrawiam

    1. Hej. Myślę, że takie blogowanie daje satysfakcję. Blogerzy, którzy non stop publikują nowe recenzje, żeby tylko dostać jak najwięcej książek, szybko się wypalą, a ich czytelnicy dostrzegą, że autorzy recenzji są nieautentyczni. Myślę, że metoda małych kroczków i – przede wszystkim – szacunku do odbiorców i do swojej pracy – jest znacznie lepsza. Blogowanie to nie sprint tylko maraton.

      Jeśli jesteś początkująca, powinny Ci pomóc książki Tomka Tomczyka, o których pisałam tutaj: https://www.partyzantka.com.pl/elementarz-blogera/ . Są naprawdę świetne, bardzo pomagają, a czyta się je z ogromną przyjemnością. :)

  19. Napisałam bardzo długi komentarz i nie wiem dlaczego, ale widnieje jako spam. Niby zaznaczyłam, że to nie spam, ale nadal tu nie jest przywrócony. Mało znam się na Disqusie, ale mam nadzieję, że jakoś uda mu się tu powrócić i że go widzisz ;)

  20. Mnie nikt nigdy nie pospieszał, piszę recenzję wtedy, kiedy mam czas. Nie generalizujmy – wszyscy jesteśmy ludźmi i zarówno wśród wydawców jak i blogerów zdarzają się ciekawe przypadki. :)

  21. Niby nie moja branża, ale podoba mi się tak stanowczy głos w sprawie. Sama bardzo rzadko czytam recenzje na blogach i coraz rzadziej trafiam na blogi, które trzymały by dość wysoki dla mnie poziom. Pomijając fakt, że wyrosłam już daaawno temu z książek dla nastolatek i mam wrażenie że mało kto na blogach pisze o czymś poważniejszym. I to jest smutne.

    1. Klaudyna wyżej dobrze to ujęła – jak napiszesz np. o klasyce, to zajrzy z pięć osób, które skomentują „ach, obiecałam sobie, że zacznę czytać klasykę…” :D
      Mimo wszystko czasem staram się pisać o takich książkach, nawet jeśli odzew jest prawie zerowy.

      1. O klasyce to nawet ja nie czytam ;) Chodzi mi raczej o książki współczesne, ale bardziej ambitne a mniej w stylu nastoletnich romansów.

  22. Obserwuję sytuację z dwóch stron – jako recenzent i jako autor. Udało mi się uniknąć poniżających reklam, bo piszę dla portali, ale czasami czytam recenzje książek, w tym też i mojej powieści. Na mniej więcej dwadzieścia zamieszczonych w sieci, może ze dwie były dla mnie pomocne, jakaś połowa miała mnóstwo błędów gramatycznych, a w kolejnych dwóch przypadkach pomylili moje nazwisko.
    A jakby tak zamienić „Artystów” w piosence Kazika na „Blogerów książkowych”? Nie mam na myśli oczywiście wszystkich bez wyjątku i nie chcę generalizować, ale cóż…

    1. Dobrze Cię rozumiem. Jestem na etapie pisania swojej powieści i przyznam, że trochę obawiam się takich niedbałych recenzji, które mogą przecież zrazić odbiorców. Czasem blogerzy nie zdają sobie sprawy, że ich opinie mogą mieć duży wpływ na takie rzeczy, często po prostu bezrefleksyjnie klepią tekst, żeby mieć co wrzucić.

  23. Temat wałkowany wciąż i wciąż. Napisałaś to co każdy wie i już nie raz głośno była o tym mowa, ale mam okazję do wylania swoich żali więc to zrobię. Będę tu mówić o najbardziej poczytnych blogach książkowych w Polsce oraz najpopularniejszych vlogach, bo uważam, że tu jest pies pogrzebany. „Najlepsze” blogi książkowe w Polsce, czyli te o największym zasięgu reprezentują w moim przekonaniu poziom poniżej krytyki. Nie będę przytaczać konkretnych nazw, bo i po co, ale kiedy widzę, że jedną z najbardziej uznanych osób w blogosferze, jest dziewczyna, która w swoich „recenzjach” używa sformułowań takich jak „No kurcze, ja pierniczę, ta książka ROZPIERNICZA system” to chce mi się płakać. Kiedy widzę, że opinia „słynnego” blogera rozpoczyna się od słów „Lejdis end dżentelmen, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo dziękuję wydawnictwu jakiemuś tam”, a dalej następuje fala bełkotu, to mówię „NIE”. Kiedy zaczynam wątpić w to, czy osoba, którą ogromnie szanuję i cenię za jej rzetelne opinie, rzeczywiście przeczytała wszystkie te tytuły o których mówi, bo ilość recenzji pojawiających się na blogu jest przytłaczająca, to znaczy, że jest źle. To są „NAJLEPSZE” blogi, te z których inni, młodzi blogerzy czerpią inspirację (Co widać w jednym z poniższych komentarzy, w którym autorka wspomina o „klumpach”). To są blogi, które mają świecić przykładem, torować ścieżki dla przyszłych pokoleń recenzentów. Przykre.
    Na temat polityki wydawnictw nie mogę się wypowiedzieć, nie współpracuję bo nie widzę w tym sensu.

    1. Wiem, że to nie jest nowy temat i myślę, że nadal będzie wałkowany, dopóki coś nie zmieni się na lepsze – czyli w zasadzie będzie nieśmiertelny. :)

      Również nie jestem w stanie oglądać polskiego booktuba, no po prostu nie. Nie mam skłonności masochistycznych. :D No i ten brak cięć – kto ma cierpliwość, by oglądać 15-20 minutowy filmik o jednej książce?

  24. Miałam nadzieję, że do dziś mój komentarz wróci. Nie wrócił, więc wklejam raz jeszcze – gdyby pierwotny przywrócili ,to zdublowany usunę.

    Zgadzam się z dużą częścią Twojej wypowiedzi, a z kilkoma kwestiami bym polemizowała.
    Prawdą jest, że blogerów książkowych nie traktuje się poważnie, a przynajmniej nie wystarczająco. Niedawno mówiła o tym na insta jedna z dziewczyn – że przestajemy się szanować. Że każdy inny bloger jest wynagradzany za swoją pracę, a w naszej strefie cieszymy się, jak otrzymamy za recenzję książkę.

    Ja nie mam i nie miałam żadnej stałej współpracy. Dostaję maile dotyczące pojedynczych książek. Jak są w zasięgu mojego zainteresowania, to się zgadzam, jeśli nie, to odmawiam. Również na blogu w zakładce „Kontakt / Współpraca” mam informację, że propozycja współpracy jest jednoznaczna ze zgodną na krytykę. Być może przez to nie dostaję tych ofert super dużo, ale nie rozpaczam – mam tak gigantyczną kolejkę książek, które chcę przeczytać, że jest mi to trochę obojętne. Mam jedno wydawnictwo, z którym być może chciałabym podjąć współpracę, ale póki co ani ja, ani ono nie wyszło z taką propozycją. Może kiedyś się do nich odezwę, ale wciąż nie jestem przekonana, czy w ogóle chcę się taką stałą współpracą z kimkolwiek wiązać.

    Nie zgodzę się w kwestii nastolatek – uważam, że dorosła osoba może pisać kiepsko,a nastoletnia mieć świetny warsztat. Ale rozumiem po komentarzach, że coś podobnego miałaś na myśli.

    Dodam jeszcze, że mnie osobiście bardzo cieszy, gdy widzę nastolatki piszące o książkach. Bo po pierwsze, to znaczy, że czyta i robi coś ciekawego, a nie tylko upraszczając siedzi z twarzą w ekranie lub coś podobnego. A po drugie – warsztat się ćwiczy. I może teraz jej teksty są kiepskie, ale za 3 lata może być w zupełnie innym miejscu. Od czegoś trzeba zacząć, nawet jak teraz to kuleje ;)

    Mnie męczy czasami presja, której staram się nie dać ponieść, ale bywa trudno. Presja szybkości czytania. Wiele nowości mnie pociąga i intryguje. Jednak zanim zamówienie z nimi dotrze, to milion osób napisze już przedpremierowe recenzje. Czasami myślę, że może powinnam szybciej, że nie wyrabiam, że to, co chcę opisać już nikogo nie interesuje, bo właśnie czytali 300 recenzji o tej książce wcześniej. A potem mówię sobie STOP. I przypominam sobie, po co w ogóle założyłam bloga. Przede wszystkim dla siebie, a że przy okazji coś się na nim dzieje, to super, ale to nie jest mój główny cel.

    Staram się nie zwariować (co nie zawsze jest łatwe) i nie dać presji. Presji czasu, ilości, nowości, lajków, komentów. Raz mi to wychodzi lepiej, raz gorzej. Jestem na różnych grupach wzajemnej promocji / blogerskich (nigdy kom za kom, obs za obs). Jednak jestem tam dlatego, że po pierwsze nawet jeśli jedna osoba wartościowa, którą zainteresuje mój blog do mnie trafi, to warto. Po drugie, dzięki tym grupom poznałam masę świetnych blogów, nie tylko z związanych z książkami.

    Czytam różne gatunki: literaturę młodzieżową (choć metryka już nie ta), kryminały, reportaże, fantasy i inne. I jeśli pytasz, co jeszcze irytuje mnie w blogosferze, to ocena piszącego przez pryzmat tego, co czyta, Można nie lubić jakiegoś gatunku, ale wkurza mnie, gdy ktoś krzywym wzrokiem patrzy, gdy czytam new adult albo oskarża, że na opinię ma wpływ fakt, że książka przyszła od wydawnictwa (z ostatnią sytuacją osobiście się nie spotkałam, ale widzę po blogerach, których lubię, że z takimi oskarżeniami się mierzą). Nie mówię, że tak się nie zdarza, ale żeby oskarżać, to warto mieć jakieś dowody.

    Czasami trudno nie dać się tym zawirowaniom. Czasami zazdroszczę ludziom współprac, masy nowości i zaoszczędzonych pieniędzy. A potem sobie myślę o tej mojej swobodzie i czekających na półkach książkach. I patrzę na nie z pewną czułością, bo wiem, że rzeczywiście chcę je przeczytać i zrobię to w swoim czasie, i podzielę się swoją opinią, do której zrobię kolejne zdjęcia z moim ukochanym kotem, i nawet jeśli przeczytam to tylko ja, mój Mąż i kilkoro przyjaciół, to będę szczęśliwa. Bo mój blog to miejsce, w którym łączę trzy moje miłości – do kota, do książek i do fotografii. I wciąż szukam na blogu swojego stylu, bawię się, eksperymentuję, a w blogosferze moszczę sobie jakiś swój kawałek podłogi. I jak przy okazji rozgości się obok kilka osób, to super.

    To ważny tekst i fajnie, że wywołał dyskusję.

  25. Już chyba tyle zostało napisane (i w Twoim tekście i w komentarzach), że ciężko dodać coś nowego. Przyznam tylko, że zgadzam się z Tobą i uważam ten post za niezwykle trafny.
    A teraz idę pracować nad swoim blogiem. Bo ostatnio poziom moich tekstów jest coraz niższy. A chciałabym być lepsza. Ot tak, dla siebie;)

  26. Niestety, obawiam się, że Twoja diagnoza niewiele zmieni. Prawda jest taka, że ani blogerzy nie wyciągają wniosków, ani wydawnictwa. Pisałam o tym sześć lat temu, pisałam pięć lat temu i trzy lata temu, pisałam całkiem niedawno – i niby rodziły się z tego wielkie dyskusje, niby niektórzy bili się w pierś, a nie zmieniło się nic. Wręcz przeciwnie – jest tylko gorzej, bo blogerów nam się namnożyło, a ci, którzy tworzyli dawniej, porzucili tę fuchę. Tak naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć osoby na poziomie, które trwałyby w blogosferze od lat.

    A to że większość pisze nieskomplikowane teksty ze swoimi wrażeniami, to mnie wcale nie dziwi – czegoś bardziej skomplikowanego ludzie czytać nie lubią. Napisz o Colleen Hoover czy innej modnej autorce – zlecą się jak muchy. Napisz o Hrabalu albo Prouście – przeczyta to 5 osób, z czego trzy zostawią komentarz: „zawsze sobie obiecuję, że zacznę czytać klasyków”.

    1. Akurat jakiś czas temu pisałam o Hrabalu i dobrze wiem, co masz na myśli.

      Prawdę mówiąc nie jestem aż taką idealistką, by wierzyć, że mój wpis wszystko zmieni – niestety! Ale myślę, że warto o tym rozmawiać, a nie tylko siedzieć i rozglądać się po tej szopce z zadowoleniem. Umiejętność krytyki bardzo kuleje u blogerów książkowych, a osobiście lubię czytać teksty krytyczne – wychodzi na to, że inni też.

      Na dodatek dzięki temu, że wywiązała się taka dyskusja, mam okazję poznać blogi, które sama zacznę odwiedzać. :)

  27. „Nisko oceniają książkę z powodu wulgaryzmów. Książkę, która na czwartej stronie okładki ma informację, że jest krwawa i nieprzyzwoita”
    Tutaj trochę się nie zgodzę, ogólnie, nie w konkretnym przypadku. Rozumiem, że chodzi Ci o przypadek, w którym blogerka była oburzona samym faktem występowania wulgaryzmów, ale. Są wulgaryzmy wykorzystane dobrze i takie, które wykorzystano źle. I tych drugich jak najbardziej można się przyczepić, nawet jeśli okładka o wystąpieniu takowych informuje (że to bardzo subiektywna ocena, to insza inszość).

    Literackie oprócz Lema wydaje też Katarzynę Michalak. Więc ten, wart Pac pałaca, chciałoby się rzec.

    Ale do meritum. Ogólnie uważam, że większość winy za ten stan rzeczy leży jednakowoż po stronie wydawnictw. Bloger, zakładając bloga, niczego nie ukrywa. Pokazuje poziom swoich tekstów już na wstępie. I ma prawo pisać koślawo i bez doświadczenia (sama uważam, że nawet recki niedoświadczonych nastolatek mają swoją wartość dla określonych odbiorców), ma prawo pisać notki będące samymi streszczeniami fabuły, bo to jego miejsce w sieci i może kiedyś nauczy się pisać lepiej. Natomiast jeśli wydawca świadomie pozwala, aby ktoś o wątpliwym poziomie firmował swoje teksty ich logiem, to cóż, świadczy to tylko i wyłącznie o wydawnictwie. (już zupełnie pomijając fakt, że wiele miejsc o wątpliwej jakości zupełnie by znikło w ciągu kilku miesięcy, gdyby nie darmowe ksiązki).

    I to od wydawnictw należałoby oczekiwać zmiany – jeśli chcą, aby o ich książkach pisano merytorycznie, niechże weryfikują recenzentów. To i tak się zresztą zmienia ostatnio na lepsze. Kiedy sama zaczynałam, książki dostawali wszyscy, bo blogerów (zwłaszcza piszących o fantastyce) było stosunkowo mało. Teraz widać, że istnieje selekcja, a marketingowiec potrafi wprost napisać, że ta konkretna książka może mi się nie spodobać, bo to czy tamto, więc nie wie, czy wysyłanie jej to dobry pomysł. I ja to szanuję i uważam za uczciwe postawienie sprawy. Bo wiadomo – wydawnictwu zależy na dobrej recenzji, a mnie na książce, którą przeczytam z przyjemnością. Jeśli książka może mi się nie spodobać, to odpuszczam, bo po co mi przymus (uważam, że jak już coś biorę jako egzemplarz recenzencki, to mam psi obowiązek w końcu o tym napisać) czytania ksiązki, która mi się nie podoba. Jak bardzo będę chciała ją obsmarować, to i spod ziemi wyciągnę.;)

    Sama ze współpracy barterowej korzystam chętnie. Mimo wieloletniego stażu i jakiejś tam wartości merytorycznej tekstów, mogę najwyżej pomarzyć o zasięgach niektórych nastoletnich blogerek, ale często ktoś coś przysyła. I fajnie, bo wychodzę z założenia, że skoro książkę i tak planuję kupić, przeczytać i napisać o niej na blogu, to czemu od razu nie wziąć jej do recenzji. Ot, taki mały cynizm.

    1. Podoba mi się Twój punkt widzenia. Jasne, że nie wymagam od nikogo tekstów na nie wiadomo jak wysokim poziomie. Przecież wiele osób właśnie po to pisze – aby pracować nad swoim warsztatem. Przydałaby się tylko pokora i refleksja ze strony niektórych blogerów.

      A co do wydawnictw – masz całkowitą rację. Zaskakuje mnie, że tak duże wydawnictwa chcą się reklamować na jakichś marnej jakości blogach.

      Co do współpracy płatnej – ona nie zależy tylko od zasięgów. :) Wiem z własnego doświadczenia, bo załapałam się na współpracę płatną jakieś dwa miesiące po założeniu bloga – nikt nie pytał mnie o zasięgi. :) Znajdziesz na ten temat artykuły w sieci.

      No i przeczytam notkę, dzięki za link!

  28. Moim zdaniem do blogowania też trzeba dojrzeć, znaleźć swoje miejsce i być w tym konsekwentnym. Na przestrzeni dwóch lat widzę jak zmieniło się moje podejście w kwestii wyboru książek do recenzji. Początkowo myślenie działało na zasadzie, teraz nie wezmę to wydawnictwo już się nie odezwie i to było błędne. Obecnie sama decyduję, jakie książki czytam i recenzuję. Niemniej w większości przypadków jest to barter, jednak nie uważam, że jestem wykorzystywana, gdyż mam określone zasady, o których wydawnictwa wiedzą i nikt nade mną nie stoi z zegarkiem w ręce. Na szczęście! ;) Polityka wielu wydawnictw też jest nieco pokrętna i zdarza się, że dostaje mnóstwo książek, na które się nie zgadzałam, ale traktuję to jako niespodziankę i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia, że recenzja się nie pojawi. Blogosfera trochę zamknęła się w słupkach statystyk, przez co tracą blogi mniej popularne, a które są wartościowe, ale to też jest biznes i trzeba o tym pamiętać. Wydawca chce zarobić, a więc sięga po media, które mają zasięgi. Jest też kilka wydawnictw, które rzetelnie sprawdzają miejsca, w jakich promuje się ich książki i to jest fajne ;)

    1. To ciekawe, bo jesteś kolejną osobą, która mi mówi, że tak bardzo patrzy się na statystyki na blogach książkowych. Zaskakuje mnie to, bo miałam wrażenie, że ten trend wśród firm współpracujących z internetowymi twórcami już mija, że bardziej liczy się zaangażowanie odbiorców.

  29. Super, że idziesz swoją drogą i nie boisz się krytykować. Lubię czytać takie teksty na blogach, świetnie pokazują osobowość twórcy i od razu przyciągają uwagę. :)

  30. Mnie najbardziej denerwuje kiedy widzę, że bloger nie potrafi napisać poprawnie recenzji. Czasem czytam jaką to on ma opinię na temat książki, ale nie zawarł nawet trzech zdań na temat fabuły, więc nawet nie mam pojęcia co się dzieje w artykule. Chaos i galimatias. Poza tym znaczące błędy stylistyczne, gramatyczne i ortograficzne oraz napaćkanie emotkami. Miło czasem dla akcentu pozostawić smiley, ale kiedy każde zdanie zamiast kropką kończy się xDDD to mnie trafia, niestety. Bardzo ciekawy tekst. Pozdrawiam!

  31. Nareszcie ktoś to powiedział! Osobiście odniosę się przede wszystkim do kwestii poziomu recenzji. Oczywiście nie mówię o wszystkich, jednak tak się jakoś składa, że przez facebookową grupę wsparcia blogerów zdarza mi się trafiać na recenzje książek i … o matko i córko! Ręce opadają. Osobiście wstydziłbym się podpisać pod 80% z tych pseudo tekstów pisanych na kolanie. I nie żebym był jakimś wielkim krytykiem, ale naprawdę czasem nie wiadomo czy się śmiać czy płakać kiedy widzę tekst pisany na zasadzie: „wstęp” – 2 zdania, drugi i trzeci „akapit” to „streszczenie” powieści (łącznie kolejne cztery zdania). No i ostatni akapit to podziękowanie dla wydawnictwa.za udostępnienie książki. Oczy bolą!

    1. Właśnie mnie denerwują najbardziej te streszczenia. Albo jak czasem ktoś chce (chyba?) zabłysnąć i podkreśla, że jego opinia będzie SUBIEKTYWNA (wow). Powinniśmy chyba zacząć od tego, że to w ogóle nie są recenzje – ja swoich tekstów o książkach nie nazywam recenzjami.

  32. Niestety, prawda. Sama o książkach nie piszę (nie potrafię, może jeśli kiedyś jakaś bardziej mnie ujmie…) i już niestety praktycznie o nich nie czytam, patrząc na książkowe blogi. Znam trzy-cztery, ale ich autorki dzielą się tym, co same kupiły i o możliwości barteru chyba nawet nie wiedzą :)
    Sama rozumiem, że każdy chce zarobić, ale przecież to się nawet nie opłaca w ten sposób. To już chyba lepiej ulotki rozdawać.

  33. Trafne spostrzeżenia. Z niektórymi bym jednak polemizowała. Nie generalizowałabym. Nie wszystko jest czarne czy białe. Bywają stany pośrednie i melanże. Sama czytuję różne gatunki książek, od ciężkiej literatury faktu, poprzez niełatwą klasykę, a na Puzyńskiej czy (jako mama) na książeczkach dla dzieci skończywszy. Większość z nich recenzuję, bo lubię. Bo bywa tak, że ktoś mnie zagai na temat jakiegoś tytułu, a ja nie pamiętam emocji, jakie mi podczas jej lektury towarzyszyły i lubię wrócić do swoich zapisków sprzed lat. Czy to oznacza, że jestem niewybredna i biorę „wszystko jak leci”? Absolutnie nie. Propozycje wydawnictw wrzucam na sito i weryfikuję. Owszem, zdarzają się kwiatki. Te jednak staram się stosownie do zawartości ocenić i rozsądnie skrytykować.

    Co do maila wydawnictwa, którego nazwy nie podałaś, ale i tak wszyscy wiedzą o które chodzi. Też go dostałam. Olałam tę prośbę, książek i tak bym nie brała do recenzji gdyż nie gustuję w tego typu literaturze. Przyznam jednak szczerze, że poczułam swego rodzaju niesmak.Tym bardziej, że proponowane książki kilka dni/tygodni wcześniej gościły na blogach znanych blogerek. Więc egzemplarze recenzenckie jednak były.

    1. Hej, gwoli ścisłości, bo widzę, że ten wątek przewija się w komentarzach – nie uważam czytania różnych gatunków za „czytanie wszystkiego jak leci”. Inną rzeczą jest poszerzanie czytelniczych horyzontów, a inną bezrefleksyjne branie od wydawnictwa wszystkiego, co wydawnictwo nam da. Sama lubię czytać różne rzeczy – ostatnio skończyłam „Imię róży” Eco i dla rozluźnienia po sesji sięgnęłam po młodzieżówkę „Pożeracz snów”. :)

  34. Cóż, mnie boli szczególnie brak szacunku na linii bloger-wydawca. Bloger – bo dostaje książkę i nawet nie przyłoży się do recenzji. Wydawca – bo rozdaje książki jak leci, zamiast sprawdzić, czy autorka zna chociaż pierwszy tom.
    Ja osobiście DM mam niby od 2014 roku, piszę sobie jak mi się podoba. Współprac miałam/mam aż dwie. Jedną z autorem (której więcej nie powtórzę XD) i jedną z Saal Digital: bo skorzystałam z okazji. I tak potrzebowałam fotoksiążki :) I jak na razie mi z takim stanem dobrze… nikt mnie nie goni, ani nic. Z drugiej strony zaledwie dwa razy ktoś (i to autor, nie wydawnictwo) do mnie napisał, ale płakać z tego powodu nie mam zamiaru :D I tak jakimś cudem cały czas mam co czytać.

  35. Bardzo dobrze piszesz. Może na początku sama byłam taką nastolatką, która brała książki na potęgę, ale jednak zawsze były to pozycje, które i tak prędzej czy później bym przeczytała. Teraz nie mam czasu na czytanie, a tym bardziej na sprawdzanie ofert wydawnictw, więc wszystko mocno podupadło na duchu, a poza tym straciłam trochę serce do pisania, właśnie przez zachowanie wydawnictw, które oczekują nie wiadomo czego.Oczywiście, z niektórymi mimo wszystko współpracuję, ale nie wrzucam bezsensownych reklam, jeśli wiem, że książka nie jest tego warta. W innym przypadku stawiam na banner na blogu, nic więcej.

  36. Sytuacja jaka przydarzyła się recenzji książki Ćwieka, musiała się prędzej, czy później stać. Niestety znam wiele blogów, które dostają książki jedynie za to, że mają dużo wyświetleń i potężny fanpage na facebook’u. Pomimo wielu lat pisania, ich recenzje są wciąż takie same, byle tylko były i kolejna książka „zarobiona”. Od wielu miesięcy otrzymuję znacząco mniej książek do recenzji z prostego powodu – coraz mniej mnie interesuje czytanie książek, które odłożę na półkę i więcej do nich nie wrócę. Później jest tylko dylemat, czy to można sprzedać, czy nie… Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że moje teksty są daleko od ideału, jednak zawsze staram się napisać najlepiej jak potrafię – z różnym skutkiem.

    Moim zdaniem problem tkwi w nastawieniu wielu młodych osób, nie tylko tych piszących recenzje książek. Wielokrotnie na różnego rodzaju grupach, widziałem teksty „Przed chwilą założyłam/założyłem bloga, kiedy mogę spodziewać się pierwszych współprac?” Brakuje też chyba takiej rzetelnej weryfikacji poziomu danego bloga, nawet jeśli ma on tysiące polubień na facebook’u.

    1. Też widywałam takie teksty, to smutne, że niektórzy blogowanie sprowadzają tylko do „darów losu”, które być może prześlą im jakieś firmy.

      Szczęście w nieszczęściu, że ta sytuacja z recenzją trafiła się osobie, która nie boi się powiedzieć, co o takiej sytuacji sądzi. W ogóle nie rozumiem fenomenu pisania tylko po to, by „zarobić” kolejną książkę – gdzie w tym przyjemność z lektury?

      1. Dlatego ja osobiście staram się recenzować wszystko, co czytam, niezależnie, czy kupiłem, otrzymałem albo wygrałem. Chwilami nie jest to łatwe, bo nie do wszystkich książek łatwo napisać sensowną opinię, bez zdradzania całej fabuły, a pisząc jakie kwestie porusza itp, ale się staram :)

        Osobiście też nie rozumiem fenomenu „dawania” książki za zrobienie zdjęcia na Instagramie. Z jednej strony nie są to profile o małych liczbach obserwatorów, więc zasięg na pewno jest duży. Z drugiej jednak strony, takie osoby mają już „gotowe schematy”robienia zdjęć i wystarczy, że napiszą dodatkowo kilka zdań, bo więcej Instagram nie przyjmuje i już „zapracowali” na egzemplarz. Zawsze jednak podarowanie nawet kilkudziesięciu darmowych egzemplarzy jest tańsze niż duże kampanie reklamowe w czasopismach, czy telewizji.

        Wydaje mi się, że nie ma jednego sensownego wyjścia z takiej sytuacji. Zawsze będą lepiej widziane blogi o dużej liczbie wyświetleń, niż takie małe, ale piszące świetne recenzje.

        1. Wiesz, ja dostałam książkę za jedną fotkę na Instagramie. Wydawnictwa najwyraźniej uznają, że im się to opłaca – dużo osób zobaczy, a przy okazji maleje ryzyko krytyki, której można się spodziewać w przypadku recenzji. Mam jednak wrażenie, że wydawnictwa w kwestiach marketingowych to najczęściej takie dzieci we mgle.

          A ja nie mam ciśnienia, by pisać o każdej przeczytanej książce, ale z drugiej strony nie mam bloga stricte książkowego – wtedy pewnie pisałabym o każdej. To dobry trening. :)

  37. To jest to, o czym ostatnio myślę. Blogo i vlogosfera książkowa to dno dna (poza kilkoma wyjątkami). Ja gdy zaczynałem blogować, planowałem „wstąpić” w szeregi polskich książkowych blogerów, ale bardzo szybko się z tego wymiksowałem. Wolę pisać o tym co lubię, nie gonić za nowościami, iść w swoim tempie i mieć radość z dzielenia się pasją z innymi. I jest mi z tym bardzo dobrze.
    To o czym napisałaś jest w 100% prawdą.
    Nie znałem twojego bloga wcześniej, więc fajnie, że ten tekst tak się rozszedł. Będę wpadał. Świetna robota :)

  38. Nie pozostaje nic innego tylko podpisać się pod tym tekstem rękami i nogami. :)
    Najsmutniejsze jest to, że przez osoby traktujące blogowanie po łebkach cierpią Ci, którzy się starają.

  39. Trafiłam tu od Kreatywy. I zastanawiałam się przez moment, czy pisać komentarz, bo u niej zostawiłam długi. Zastanawiałam się, czy przekopiować i tu wkleić. Ale wiesz co? Chyba po prostu napiszę swój tekst na ten temat, szczególnie, że sama do tego zachęcasz.

    Gdybym jednak się nie zmotywowała i coś poszło nie tak, to pewnie tu wrócę i jednak zostawię obszerniejszy komentarz. A tymczasem dobrze, że podjęłaś ten temat! Dzięki wielkie za dobry tekst! :)

  40. A ja nie rozumiem takiego narzekania. Każdy – nawet nastolatka mająca elementarne problemy z polszczyzną i potrafiąca o książce powiedzieć tylko tyle, że „nie podobała się, bo nie” – ma prawo publikować recenzje. Jeśli nie podoba mi się czyjś blog, nie zaglądam na niego. I tyle. Na szczęście blogów powstało tak dużo, że każdy może wybrać coś dla siebie. Jestem realistką i w żadne zmiany na lepsze nie wierzę. Irytują mnie zarówno blogerzy rozpływający się w zachwytach nad gniotami, jak i ci, którzy zachowują się tak, jakby pozjadali wszystkie rozumy.

    1. Myślę, że warto rozmawiać o rzeczach, które dotyczą naszego otoczenia i nie zamykać się tylko na swoim podwórku. :)

      W żadnym wypadku nie kwestionuję niczyjego prawa do pisania tekstów, zastanawiam się tylko, dlaczego blogosfera książkowa ostatnio jest w takiej kiepskiej kondycji. :)

  41. Dobrze, że tekst się pojawił i wywołał tak wiele dyskusji. Jest w nim sporo racji, ale też w mojej ocenie również sporo mocnego generalizowania i miejsca do polemiki.

    Ja jako posiadaczka małego bloga, którego traktuję raczej w kategorii średni z tych gorszych, (bo ma być on bardziej dla mnie, żebym mogła trochę nad sobą popracować, szczególnie będąc poza granicami kraju), raczej mam może mniej do powiedzenia niż pozostali, bo dużo nie bloguję, a współprac z Wydawnictwami raczej też nie podejmuję.

    Jednak chciałabym zwrócić uwagę na jedno. Dopóki będzie popyt to i będzie podaż. Bo nie od dziś wiadomo, że w internecie liczy się zasięg, a nie rzetelna recenzja/relacja. Towar ma być widoczny dla jak największego grona odbiorców. A czy reklama rozpórki trafi do Koła Gospodyń Wiejskich nie ma żadnego znaczenia i nie ma co nad tym utyskiwać. Więc w tym miejscu to li wyłącznie Wydawnictwo ma pole do popisu. Wybiera pomiędzy widocznością, a rzetelnością. Oczywiście nie będę ukrywać, iż w tej sytuacji wkurza mnie kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest fakt, iż mierność wygrywa z rzetelnością, a drugą podejście „wydawnictw”, a dokładnie dwie kategorie maili.
    1. Łap ten ochłap – czyli „jak nie napiszesz teraz to nie dostaniesz książki” – nie pisałam do Was wcześniej, więc chyba nie chcę. Po takich mailach piszę prośbę o usunięcie z listy mailingowej.
    2. We will push you – czyli dostaniesz tę książkę jak do tygodnia pojawi się na blogu recenzja.
    Jednak ja powiadam, że to są ludzie i niestety to oni kształtują wizerunek wydawnictwa, ale to osobny rozdział na książkę. ;)

    Muszę przyznać, iż mocno zabolał mnie punkt o nastolatkach. Fajnie, że chcą się rozwijać i promować książki wśród rówieśników – bo taki jest w głównej mierze target ich bloga. Może czasem mają płytkie recenzje, może robią błędy – ale ja postrzegam tę inicjatywę w kategorii: dobrze, że młodzi ludzie czytają coś poza „fejsbukowym wallem”. Niech dają tam sobie 1000 dziubasków i serduszek. Niech piszą „psiapsiółeczko kochana” .Jeżeli ma to spowodować choć jedną książkę przeczytaną poza kanonem lektur u tych osób, to uważam, że warto. :)

  42. Świetny tekst, bardzo prawdziwy i bardzo szczery. Zgadzam się z Tobą, bo od dawna wiele rzeczy mnie boli. Boli mnie to, że wydawnictwa wysyłają książki byle komu za byle jaką recenzję, byle by była pozytywna… Przez takie zachowanie te „lepsze blogi”, osoby, którym chce się napisać dobre teksty, które nigdy nie będą stuprocentowo pozytywne, dużo tracą.

    Sama staram się unikać „żebrania’ o egzemplarze recenzenckie i brania wszystkiego, co tylko mi zaproponują. Ale czasem wpadam w pułapkę – zdarzało mi się, głównie wcześniej zbierać za dużo książek, które miały tylko fajny opis, a treść to już inna bajka. Teraz staram się tego unikać, zamawiam niewiele książek, bo wolę wyczytywać swoje zapasy.

    Pozdrawiam!

  43. Wiele razy mierze się z tym dylematem, że publikuje rzadko recenzje. Tylko ja nie potrafię przyjąć dziesięciu książek i o każdej napisać płytkiej i kompletnie oderwanej od rzeczywitości recenzji.
    Wodze nie jeden blog, na którym pojawia się kilka recenzji w tygodniu (!!), a jak już się pochyle nad nimi to widzę przeklejanke z opisu książki i jakieś ogólne opinie, które płyną wprost z innych recenzji, bądź zwykłego przekartkowania.
    Boli bardzo, bo przede wszystkim umniejsza fakt wartościowych współprac, i nas blogerów, jako wartościową opinię.

  44. Właściwie średnio znam się na tym aspekcie blogowania, bo nigdy z nim nie miałam do czynienia :) Ale wiem, o czym mówisz. Coraz to więcej blogerów wcześniej czy później, daje się „sprzedać”, i te całe „obs/obs kom/kom”, które mnie po prostu rozwala xD Nie wiem, jak to jest, ale wychodzi na to, że cokolwiek się nie robi, trzeba walczyc cały czas i do samego końca, żeby się szanować, bo jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia i nigdy nie wiemy, czy nam tez kiedyś nie odbije – tyczy się to różnych spraw :)

    Ale szacun za tyle komentarzy, ludzi uderzył tekst :D I bez akcji kom/kom, hehe : DDD

  45. Przez rok tkwiłam w dosyć złej sytuacji z wydawnictwem i teraz sobie tylko myślę, jaka głupia byłam, że w to weszłam. Dostałam od nich dwa tygodnie na przeczytanie i zrecenzowanie, a gdy spytałam się, czy jest możliwe przedłużenie do trzech, spotkałam się z odmową. Co ciekawsze, koleżanka, nawiązująca z nimi współpracę w tym samym czasie, dostała te trzy tygodnie. Nie mam pojęcia, od czego to zależało, ale wtedy stwierdziłam, że trudno, dam radę. Znowu – bardziej głupia i zaślepiona być nie mogłam.

    Myślę, że taka postawa blogerów książkowych wynika głównie z tego, że nikt nie mówi, że tak wcale nie musi być. Dla wszystkich to jest jakaś naturalna kolej rzeczy, że powinniśmy współpracować z wydawnictwami, a im większa jest ta liczba, tym lepiej, dlatego teraz tylu nowych blogerów zanim napisze pierwszą recenzję, tworzy zakładkę ze współpracą. Darmowa książka na początku też kusi.

    Nie sądzę też, że to wszystko szybko się zmieni. Mi samej ogarnięcie się zajęło ponad dwa lata prowadzenia bloga. Dopiero teraz przejrzałam na oczy, że mi osobiście współprace przynoszą więcej szkody niż pożytku. Nic mnie bardziej nie stresuje niż niezrecenzowanie książki na czas, a blogowanie przede wszystkim powinno być przyjemnym hobby, a nie przykrym obowiązkiem.

    Jeśli coś miałoby się zmienić w tej sprawie, to moim zdaniem właśnie głównie wydawnictwa powinny wyjść z inicjatywą, bo niektórzy już przesadzają i traktują je tylko i wyłącznie, jak sposób na zdobycie darmowej książki, obojętnie jakiej. Sama kilka razy widziałam, jak ktoś się pytał, z którym najłatwiej podjąć współpracę. Kiedyś dostałam maila z pytaniem, na jaki mail napisać do wydawnictwa, bo ktoś chciałby bardzo przeczytać książkę, którą od nich dostałam.

    1. Blogerzy książkowi po prostu w ogóle nie mają poczucia własnej wartości. Cieszę się, że u Ciebie ta sytuacja już minęła – rzeczywiście to był dziwny układ.

      Tak, te pytania na grupach są smutne. Zauważyłam to, o czym piszesz – że niektórzy wręcz proszą o maile do wydawnictw, jakby sprawdzenie na stronie wydawnictwa było zbyt wielkim wysiłkiem. Widać wtedy jakie dany bloger ma priorytety. ;)

  46. Bardzo się cieszę, że trafiłam na ten tekst! Piszę bloga od niedawna i na razie dla siebie, nie wchodząc w kontakt z wydawnictwami. Natomiast czytuję blogi książkowe trochę dłużej i też nie podoba mi się to, jak na wielu blogach piszę się „nic o niczym”, czyli o kiepskiej literaturze, a napisane jeszcze gorzej. I ten wieczny wyścig „ile książek przeczytałam w tym miesiącu!”. Teraz lepiej rozumiem, z czego to wynika. Dziękuję!

    1. Dokładnie! Ostatnio czytałam książkę prawie dwa miesiące, także nawet nie mam co stawać do wyścigu pod tytułem „kto przeczytał więcej”. :D I jakoś nie żałuję. :D

      „Nic o niczym” – trafnie powiedziane. :)

      Dzięki również! <3

  47. Jakoś szczęśliwie udaje mi się omijać blogi książkowe, których twórcy nie do końca wiedzą, co robią. Dopiero na instagramie łapie mnie chwila zadumy, jak widzę zdjęcie drugiego czy trzeciego tomu jakiejś serii opatrzone podpisem, którego sens sprowadza się do „nie wiem, o co chodzi, ale dostałam i wygląda super”.
    A szkoda, bo internet to fajne miejsce do wyszperania wartej polecenia książki, na którą inaczej byśmy nie trafili.

  48. Dawno nie czytałam posta, który tak bardzo odzwierciedlałby moje uczucia. Mam wrażenie, że blogerzy pozwalają się czasem traktować jak śmiecia tylko po to, żeby dostać coś za darmo od wydawnictwa. Szacunek do samego siebie powinien być ważniejszy niż książka za 30zł. Współprace zwykle działają źle na blogerów bo ludzie nie znają umiaru i nie potrafią powiedzieć „nie” w odpowiednim momencie.

  49. Nic dodać, nic ująć – genialnie napisane. Link do twojego wpisu na pewno podam dalej, bo wart jest czytania :) A sytuacja z książkami dla dzieci skojarzyła mi się z wydarzeniem na przełomie podstawówki, a gimnazjum. Wtedy to uwielbiałam czytać książki typowe dla nastolatek, więc nic poważnego. A do biblioteki chodziła ze mną czasami pewna koleżanka. Gdy ja brałam dwie, trzy książki, ona brała pięć, sześć ale dla dzieci. Pamiętam, że najpierw mnie to troszkę śmieszyło, a potem zasmuciło, bo jej czytanie zawsze było doceniane na koniec roku :x

  50. Odniosłam przykre wrażenie, że napisałaś na głos to co od dawna myślę. Kiedyś chciałam prowadzić bloga „książkowego” – niekoniecznie pisać recenzje, gdyż nie jestem polonistą, literaturoznawcą czy choćby w ogóle humanistą, ale pisać krótkie uwagi o książkach, które przeczytałam, podobają mi się, polecam/nie polecam.

    Pomysł wybiłam sobie z głowy, gdy zobaczyłam jak wyglądają blogi książkowe. Kilka lat temu mogłabym wymienić kilkanaście dobrych blogów, które śledziłam. Potem leciałam do szkolnej biblioteki prosić, by dla mnie zamówiono.
    Teraz na co drugim blogu widzę zachwyt nad „50 twarzami…”, kolejną sagę romansideł dla kobiet w ramach programu partnerskiego pewnego wydawnictwa, jeszcze recenzje książek kulinarnych się bronią się innym charakterem.
    Wydawnictwa też raczej nie dają do reklamy książek, które są naprawdę dobre, tylko lansują tytuły, do których nawet nie chce się sięgać, bo to po prostu g*wno, ale autor prawdopodobnie zgodził się na chore marże i będzie z tego największy zarobek.

    Jakość pisanych tekstów == jakość współpracy, trudno oczekiwać by Wydawnictwo traktowało poważnie blogerów, którzy nie potrafią pisać. Nagminnie używają tych samych przymiotników do opisania najróżniejszych powieści. „Fajna fabuła, ciekawe wątki, bohaterzy z charakterem”. Mogłabym stworzyć program-generator recenzji na podstawie kilku takich postów. Niestety jakość współpracy zależy od dwóch stron.

    1. Nie masz styczności z blogerami ani wydawnictwami, więc na jakiej podstawie wysuwasz wnioski, że co drugi blog zachwala „Pięćdziesiąt twarzy” (na jakie blogi Ty wchodzisz???) albo że wydawnictwa nie promują dobrych książek, tylko gnioty, bo autor na coś się zgodził? Nie wiesz nawet, jak bardzo się mylisz.

    2. Niestety wydawnictwa nagminnie podejmują współpracę z osobami, które nie potrafią pisać. :p

      Wiesz, poruszasz zupełnie inny temat, którym jest gust czytelniczy. Nie mam nic do tego, że ktoś czyta 50 twarzy Greya – nie każdy musi mieć wysoko zawieszoną czytelniczą poprzeczkę. Problem zaczyna się, gdy w grę wchodzi chciwość, brak pokory i wąskie horyzonty.

      @olderwitch:disqus co do promowania dobrych/złych książek przez wydawnictwa – myślę, że chodziło o to, że książki typu Zmierzch, 50 twarzy Greya etc mają zrobioną baardzo szeroko zakrojoną akcję marketingową, a perełki przepadają bez echa. Ale niestety rynek jest bezlitosny i idzie na ilość, a nie na jakość. :’)

  51. Uważam,że trafiłaś w sedno.Niestety,takie traktowanie się raczej nie zmieni.Smutne jest też to,gdy czasami wchodzę na blogi o tematyce książkowej i widzę genialną książkę,którą miałam przyjemność czytać ,a recenzja (widać to od razu) jest napisana na odwal (inaczej się tego nie da określić) .W dzisiejszym świece większość tego typu tekstów jest pisana tylko dla swojego zysku :/

    1. O, na odwal to dobre określenie. To jest po prostu masówka. Dlatego odeszłam od blogowania stricte książkowego i jak czytam jakąś książkę to myślę, czy warto o niej napisać i co takiego, ale bez stresu w tym temacie. Jeśli nie napiszę o książce, napiszę o czymś innym – to daje dystans, którego blogerom książkowym często brakuje. Ale chyba trzeba samodzielnie to przepracować.

      1. Dokładnie.Jakiś czas temu prowadziłam bloga tylko o książkach,ale problemy tego typu w blogosferze,które mnie frustrowały i sprawy osobiste skłoniły mnie,że bloga usunęłam.Teraz wróciłam do blogowania,ale nie zamknęłam się na jeden temat i jeśli jest książka godna uwagi to o tym krótko piszę,ale nie mam zamiaru robić niczego na siłę itp.

  52. Pozwólcie, że i ja napisze kilka słów. Jestem początkującym blogerem. Mój blog istnieje od końca maja. Jestem wielkim pasjonatem książek i dlatego założyłem bloga, aby się dzielić moją pasją z innymi. To co odróżnia mojego bloga od innych, to to, że 99% książek które czytam, to nie są nowości. Co nie zmienia jednak faktu, że chciałbym podjąć kiedyś współprace z jakimś wydawnictwem, ale wyłącznie na moich zasadach.
    Zanim założyłem swojego bloga, to przejrzałem kilkaset innych blogów o książkach i literaturze. Rzuciło mi się w oczy, że zdecydowana większość osób recenzuje tylko nowości. Mało tego, jest kilka blogów, gdzie osoba wrzuca recenzję książki praktycznie codziennie – czy ktoś jest w stanie przeczytać książkę liczącą kilkaset stron i jeszcze napisać jej recenzję w jeden dzień? A następnego dnia to samo. I następnego… czy nie zapala się lampka, że ktoś nie przeczytał tej książki?
    Piszesz o błędach i mało ciekawych recenzjach. Tu się też z Tobą zgodzę. Jest od groma blogów, które recenzją nazywają dosłownie pięć zdań o książce. Ale z drugiej strony, to kto im zabroni pisać? Jeśli ktoś chce prowadzić takiego bloga, a jeszcze ktoś chce to czytać, to niech piszę. Ja omijam takie strony szerokim łukiem.
    Ostatnia rzecz. Ja akurat też czytam praktycznie wszystkie gatunki literackie :)

    1. Też mnie to zastanawia: jakim cudem te osoby czytają po kilkanaście powieści miesięcznie i godzą to z życiem osobistym, szkołą, pracą, snem?

      Wiesz, idę do Ciebie zajrzeć, bo sama lubię pisać o „starszych” książkach. Co prawda brak odzewu pod takimi tekstami jest dla mnie zniechęcający, ale i tak dobrze się czuję, pisząc tu czasem o „Rzeźni numer pięć” Vonneguta czy „Postrzyżynach” Hrabala. :)

      Cieszę się, że masz takie aspiracje, myślę, że takie powinien mieć każdy bloger książkowy. :)

      1. Zawsze będziesz mile widziana na moim blogu:)
        Zobaczymy co wyjdzie z mojego bloga. Póki co zapał jest. Faktycznie martwi brak odezwy na jakieś mniej popularne książki. No ale jak to się mówi: Alby być, albo mieć :)

    2. Bo wcale takie osoby nie musiały przeczytać książki. Wszystko zależy od podejścia. Równie dobrze można brać do recenzji wszystko jak leci, przeczytać ostatnie strony, skopiować z neta opis fabuły i gotowe. A ksiązkę sprzedaż i masz kilka tysięcy na rok dodatkowego łatwego pieniądza. Z drugiej strony sam pamiętam, że jak miałem te nascie czy powyżęj 20 czasu było więcej i jeżeli ktoś naprawdę lubi czytać, to spokojnie idzie jedną dziennie. Tym bardziej, ze niektóre raz są cienkie, dwa napisane dużą czcionką. To 3 góra 4 godzinki i już.

      1. W takich przypadku się zgodzę, bo faktycznie niektóre książki jestem w stanie przeczytać w kilka godzin. Ale jeżeli ktoś cały czas wrzuca recenzję na temat kilkusetstronicowych książek, to powtórzę jeszcze raz, mam ogromne wątpliwości, co do pewności przeczytania tych książek przez te osoby.

        1. Dokładnie tak. Tak naprawdę nikt tego nie sprawdzi, i jeżeli ktoś jest nieuczciwy to tego nie zweryfikujemy. Według mnie prawdziwa recenzja to taka gdy pozna się produkt, ale każdy człowiek inaczej podchodzi do takich kwestii. I pozwolisz że przekleję z innego wątku to co pisałem, bo pasuje też tutaj.

          „Niestety konkurencja wśród blogerów też istnieje. I niestety jest to też skorelowane faktem, że jeżeli jeden bloger przeczyta książkę na miesiąc, a inny 10 w tym czasie, to jest ogromne prawdopodobieństwo że to ten drugi będzie miał chętniej obserwowanego bloga, nawet jeżeli robi to w gorszym stylu. A za tym idzie kasa. Więcej obserwatorów to więcej kasy z reklam z wyświetleń. Bo nawet pisząc o pasji chce się coś z tego mieć i trudno jest znaleźć ten złoty środek.”

          Dlatego czasami może być tak, że taka osoba rzuca wszystko i czyta niczym maszyna, bo przed oczyma ma fakt, że kilkanaście takich recenzji i się wybije w świecie blogerów. Indywidualne podejście każdego. Sam chciałbym kiedyś mieć darmowe ksiązki, ale nie zrobię tego kosztem siebie. Czytanie jest tym co lubię, czy pisanie też to przekonam się, bo dopiero zaczynam tworzyć pierwsze recenzje. :) Ale zamierzam to robić w swoim rytmie, a nie po to żeby taśmowo czytać, bo ilośc obserwatorów jest najważniejsza. Tak w szczerości serca licze, że nie tylko ilość się liczy, ale też podejście blogera i też znajdę osoby, które będą chciały obserwować moje wpisy. Przekonam się za jakiś czas. :)

          1. Myślisz dokładnie tak jak ja. Zanim założyłem bloga, postawiłem sobie pytanie: być czy mieć? no i wybrałem to pierwsze. Czytam tyle ile mi na to pozwala czas i czytam to co lubię i chcę, a nie to co muszę. Po prawie czterech miesiącach prowadzenia mojego bloga, zauważyłem, że są osoby które chcą go czytać i każdy miesiąc przynosi mi większą ilość wyświetleń.

          2. I to jest chyba najmilsze. Działać tak jak się chciało i mieć osoby tym zainteresowany. Chociaż z drugiej strony jak tak patrzę na instagrama to o wiele prościej by było robić z siebie durnia, bo takie osoby mają nawet po blisko 100K obserwatorów. :D

  53. W blogosferze funkcjonuję od prawie roku i niestety muszę przyznać Ci rację. Nie będę się rozpisywać, ponieważ przekopałam się przez wszystkie komentarze i mam wrażenie, że wszystko zostało już napisane. Podpisuję się pod tym rękami i nogami ;) Głowa boli kiedy się to wszystko widzi, ale wychodzę z założenia, że żeby coś zmienić, trzeba robić, a nie tylko ocieniać. Mój blog nie jest typowym blogiem książkowym, ponieważ prócz literatury można u mnie znaleźć także muzykę, film czy teatr. Jestem kulturoholiczką, tak trzeba to nazwać. Ale do sedna. Na początku miałam straszne parcie na pisanie o nowościach. Taki był mój plan – będą nowości, będą czytelnicy. No ale problem w tym, że nie dawało mi to radości i powiedziałam sobie: „Kurde, stara, co ty robisz?!”. Dostawałam książki do recenzji, które czytałam, bo musiałam, bo czas goni i znikła gdzieś satysfakcja. I teraz idę w to, co lubię :) Zasięgów, co prawda, nie mam sporych, ale znajduje się kilka osób, których fascynuje to samo, co mnie :)

    1. No to piątka, bo również nie mam bloga stricte książkowego i nie piszę (raczej) o nowościach! :)

      Podobnie jak Ty, kiedyś brałam książki do recenzji i jarałam się tym (wydawało mi się, że spotkało mnie nie wiadomo jakie szczęście), ale teraz czytam starsze książki, więcej klasyki i przyznam, że dużo lepiej się to u mnie sprawdza. Wiadomo, że o Hrabalu przeczyta zdecydowanie mniej osób niż o Greyu, ale najważniejsze, że czuję się dobrze, pisząc o tym, o czym sama chcę.

  54. Z nikim nie współpracuję. Prowadzę pamiętnik moich lektur. Dla siebie. Jak ktoś tam zajrzy, to Ok. Jak nie, to też dobrze :)))
    Jestem niezależna.

  55. świetny, odważny tekst. Brawo. Z tych, miedzy innymi powodów, nie czytam blogów książkowych. No prawie. Jest klika wyjątków, ale one potwierdzają regułę. Samo słowo „stosik” wywołuje u mnie agresję i alergię. Jest strasznie infantylne. Nigdy się nie „stosikuję”, choć czasem pokazuję to, co czeka na przeczytanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *