Zwierzęta

Jak zostałam stajennym

Moja pierwsza praca nie mogła być lepsza!

Gdy tylko dowiedziałam się o tej pracy, jeszcze tego samego dnia klepałam CV, a następnego ranka, z mocno bijącym sercem, pukałam do drzwi pani dyrektor. „Dziewczyna?” – spytała z rezygnacją i niesmakiem, który wbił mnie w ziemię. „Taka chuda, nie da sobie rady.” – marudziła dalej niezadowolona, nie zwracając uwagi, że „ta chuda” siedzi obok i wszystko słyszy. Mimo tych obiekcji dostałam pracę, a chwilę później dowiedziałam się od innej osoby, że mój poprzednik – ponad stukilogramowy, dwumetrowy facet – zrezygnował, bo nie… radził sobie z koniem, którego właśnie dostałam pod opiekę.

– Tara ma trudny charakter, ale chodź, poznasz ją – powiedziała pani Ania, która stała się najlepszą koleżanką z pracy forever. To ona ostatecznie przekonała szefową, że warto mnie zatrudnić.

Stajenny, znaczy kto?

Pracowałam w weekendy i święta, opiekując się dwoma końmi. Tara była używana do hipoterapii, a więc terapii niepełnosprawnych dzieci, która polega na kontakcie z koniem i wykonywaniu prostych ćwiczeń fizycznych na jego grzbiecie. Lawina była konikiem do towarzystwa. Moim zadaniem było – w soboty – prowadzenie konia podczas zajęć z hipoterapii, a w niedziele i święta – opieka: sprzątanie stajni i padoków, czyszczenie, karmienie i pojenie koni, ścielenie boksów.

Tam poczułam, że praca może być przyjemnością i miejscem, w którym zostawia się kawałek swojego serca. Cieszę się, że dowiedziałam się tego zanim skończyłam studia. I że nauczyły mnie tego dwa konie – jeden neurotyczny, drugi narwany. To nie mogło być nudne zajęcie.

I nie było.

Czasem szłam rano do stajni tak zmęczona, że sprawdzałam, czy mam założone oba buty. Witałam się z końmi, które już czekały, a potem kłusem wybiegały ze stajni, żeby skubać siano, które wrzuciłam im do paśnika. Początkowo noszenie siana, słomy czy wiader z wodą było dla mnie trudne, potem – razem z nieposłuszną Tarą – podziałało lepiej niż siłownia.

Co jeszcze robiłam? Grałam w Tetrisa dla ubogich, poprawiając krzywo poukładane snopki, albo o siódmej rano wspinając się pod dach stodoły po nową kostkę siana. Ganiałam się z końmi po padoku (czasem skacząc przez ogrodzenie, kiedy konie rozszalały się za bardzo). W przerwie między zajęciami z hipoterapii skakałam przez przeszkody razem z koniem. Dużo śmiałyśmy się z panią Anią, bo ludzie, którzy kochają konie, zawsze znajdą wspólny język.

Początkowo obawiałam się Tary. Potrafiła pokazać rogi, a półtonowe zwierzę pokazuje rogi naprawdę dosadnie. Pewnego dnia po prostu podbiegła do mnie i stanęła dęba, patrząc na mnie i czekając na reakcję. Innego dnia dla zabawy wpadła galopem do maleńkiej stajni, w której akurat byłam. Albo postanawiała zacząć brykać, gdy miała na grzbiecie dziecko. Nie było z nią łatwo, ale z drugiej strony nauczyła mnie bardzo wiele (poczytaj o Lekcjach, których udzielił mi koń). Dała mi dużo pewności siebie i wiary w swoje możliwości.

Jak wtedy, gdy stałam parę kroków przed nią, próbując otworzyć drzwi, a ona przestraszyła się wybuchu. Jeśli parę metrów od Ciebie płoszy się koń i biegnie bezmyślnie w Twoim kierunku, można odkryć w sobie takie pokłady charyzmy, o których nie miało się pojęcia.

Można też poczuć diabelnie dużą satysfakcję, gdy koń, przez którego zwolnił się z pracy facet dwukrotnie większy ode mnie, cofnie się, gdy poproszę go o to, podchodząc i dotykając jego klatki piersiowej, by dać sygnał, że chcę tędy przejść. Albo gdy poczeka, żebym pierwsza weszła do stajni, nawet jeśli dotrze do niej przede mną.

A pamiętasz jak…?

Lawina zupełnie nie znała pojęcia cudzej strefy komfortu. Nieraz czyściłam Tarę z łbem Lawiny przewieszonym przez moje ramię. Lubiła też podglądać, co inni mają do jedzenia, bo może akurat mogliby się podzielić? Najzabawniejsze jednak, że przerażało ją absolutnie wszystko. Jak wtedy, gdy przyniosłam do stajni świeżo wyprany czaprak. Zainteresował Tarę, więc dałam jej go powąchać, a potem dla żartu zakryłam nim głowę Tary. Spodobało jej się to i postąpiła parę kroków w stronę Lawiny, jakby chciała się jej pokazać, podnosząc łeb, bo nie widziała zupełnie nic. Lawina rzuciła się do panicznej ucieczki, a Tara nie miała pojęcia, o co jej chodziło.

Uwielbiałam, gdy witały mnie rżeniem, przybiegając z drugiego końca padoku. Lubiłam też widzieć postępy w naszej pracy. Tara, która początkowo nie zamierzała mi w niczym ustępować, w końcu zaczęła to robić, ale tylko na swoich warunkach. Zawsze musiała przemyśleć każdy mój i swój ruch, zanim zareagowała. Lawina za to działała tak impulsywnie jak futrzasta buteleczka nitrogliceryny.

Lubiłam to, że byłam pierwszą osobą, która witała konie rano i „kładła je spać” wieczorem. Opieka nad dwoma tak dużymi zwierzętami to przeżycie, które zapamiętuje się na zawsze. Bywało ciężko. Bywało denerwująco. Ale przede wszystkim sprawiało mi to mnóstwo radości.

Podejmując tę pracę, zrezygnowałam z wolnych weekendów na cały rok. I wiecie co? Było warto. Dla Tary, która początkowo zgrzytała zębami, a potem biegła mnie przywitać. I dla Lawiny, która zawsze potrafiła mnie rozśmieszyć panikowaniem z wymyślonego powodu. Ale przede wszystkim było warto dla samej siebie i dla każdej rzeczy, której się o sobie nauczyłam.

Czytaj też: Historia jednej kości albo Pasja? Co to pasja?