Lifestyle

Captain Fantastic, niewątpliwie!

Jeśli tak jak ja uwielbiasz Into the Wild, zakochasz się w tym filmie.

Captain Fantastic to film, który polecił nam prowadzący na zajęciach. Na zachętę powiedział niewiele: rodzina żyje w lesie, dzieci nie chodzą do szkoły, zamiast tego uczą się polowania i survivalu. Zamiast Bożego Narodzenia obchodzą urodziny Noama Chomsky’ego. Zobaczcie, bo warto. Byłam tak ciekawa tych urodzin, że musiałam go posłuchać. (A tak naprawdę to nie. Leżałam chora, chciałam coś obejrzeć i, żeby nie szukać, zdecydowałam się na to.)

W każdym razie nieważny jest powód, ważne, że film okazał się taki jak tytułowy Kapitan. Fantastyczny.

Nie mów „interesujący!” Użyj słów, które coś znaczą!

Ten film nie stoi pełną zwrotów akcji fabułą. Nie stoi pościgami, wybuchami i sensacyjną zbrodnią. Jest raczej intrygujący i intensywny, taki rzeczywisty, jakby miał fakturę, kształt i zapach. Czasem jest radosny i zabawny, momentami tragiczny – i choć pokazuje mało realny sposób życia, paradoksalnie jest do bólu życiowy.

Dzieci, wychowywane z dala od miasta i innych ludzi, spędzają całe dnie na ćwiczeniach fizycznych i czytaniu książek. Zaskoczyła mnie otwartość, z jaką ojciec pokazywał dzieciom świat. Była na swój sposób piękna i do bólu szczera.  Rodzina chętnie dyskutowała i bez skrępowania wymieniała się poglądami, szanując zdanie innych. Żadnych sztucznych uprzejmości, znanych nam z codziennych doświadczeń. Zamiast nich pojawił się głęboki szacunek do drugiego człowieka i akceptacja dla jego poglądów. A przy tym nie opuszczała mnie myśl, że Kapitan Główny Bohater pokazuje swoim dzieciom jedną stronę medalu. W sposób niewątpliwie piękny i ambitny, ale nadal pozostaje pytanie – co z drugą stroną? Czy prawda może być tylko połowiczna?

–  Co to jest cola?
– To taka toksyczna woda.

Lubię filmy, które wywołują we mnie chęć zmian, choćby niewielkich. Bohaterowie tego zaimponowali mi wiedzą i łatwością wyrażania swoich poglądów. Uświadomili mi, jak wiele zadajemy sobie trudu, by utrudniać sobie życie, wikłać się w konwenanse i siedzieć cicho, bo jesteśmy już tak skrępowani absurdalnymi normami, że nie możemy nawet wziąć głębszego oddechu.

Równocześnie nauczyłam się od bohaterów, że skrajność w żadną stronę nie może być dobra. Najstarszy syn głównego bohatera wyrzuca z siebie ze złością: „O ile nie jest to w pieprzonej książce, nie mam pojęcia o niczym.”. Zastanawia mnie, czy ojciec był świadom tego, że choć daje swoim dzieciom więcej niż ktokolwiek, równocześnie więcej niż ktokolwiek im odbiera.

Captain Fantastic ma dziwaczny tytuł. Kojarzy się z superbohaterem z niższej półki i mam wrażenie, że właśnie o to chodziło twórcom – by przekornie nazwać film do bólu komercyjnie. Nie jestem pewna, czy ja nazwałabym główną postać herosem – choć uwielbiam ją absolutnie, wahałabym się, ze względu na jej skrajność.

Mimo tych wątpliwości – a może właśnie dzięki nim i dzięki temu, że tak wiele myślę, mimo że minął ponad tydzień – uważam, że jest rewelacyjny. Chciałabym, żebyście też go zobaczyli, choć Kapitana nawet nie da się zobaczyć, trzeba go przeżyć.

(Ależ jestem rozdarta! Serce krzyczy, że rzucam wszystko i jadę w Bieszczady mieszkać tak jak rodzina głównego bohatera, jadę biegać po lesie, skórować sarnę przed namiotem, a wieczorem grać przy ognisku na gitarze, choć nawet nie mam gitary, więc nic z tego. Z drugiej strony rozum osadza je w miejscu, każe szukać równowagi i uczyć się na błędach Kapitana.)

Powiedziałabym, że Captain Fantastic pokazuje, że tylko sztuka kompromisów jest dobrą drogą, gdyby nie fakt, że „jedyna dobra droga” zazwyczaj jest tą najgorszą.

Tak, czasem piszę o filmach i serialach.
Czytaj więcej: Chappie – robot gangsta i Zombie – mistrz drugiego planu.
Bo zawsze warto czytać więcej. ;)

Foto: źródło, źródło 2