
Książki przyrodnicze rozczarowują jakoś bardziej. Żywe istoty kupiłam krótko po premierze, zachwycona tematyką wymarłych gatunków, zwłaszcza krów morskich. I co? Gdzie moje krowy morskie, pytam się?
Czasem kupuję książkę pod wpływem impulsu, a tu zaskoczyło wszystko, przede wszystkim właśnie temat wymarłych gatunków. Miała to być opowieść o krowach morskich. O jednym z najciekawszych (i najbardziej tragicznych) przypadków wymarcia zwierząt w historii. Koncept, który kupił mnie totalnie. Ale wykonanie wypadło (moim zdaniem) słabo.
Mimo że w internecie znajdziecie niemal same pozytywne wypowiedzi o tej książce.
Pozwólcie, że się wyłamię.
O czym są Żywe istoty?
„Żywe istoty” to powieść oparta na prawdziwych wydarzeniach, której bohaterami są ludzie mający styczność – w jakimkolwiek sensie – z krowami morskimi. Mamy więc najpierw wyprawę Beringa i obecnego na niej naukowca Georga Stellera, później żonę gubernatora Nowoarchangielska (z jakiegoś powodu ją, nie samego gubernatora), ilustratorkę, aż w końcu trafiamy do czasów niemal współczesnych.
Autorka przeskakuje między epokami i postaciami, mieszając czasy, style, tematy. Tyle że to mieszanie nie buduje napięcia i donikąd nie prowadzi – ono rozwadnia. Zamiast spójnej narracji mamy ciąg luźnych myśli, jakby notatek do czegoś większego.
Jakby ktoś zjadł pizzę i zostawił końcówki.
Przypadkowi bohaterowie historyczni
W teorii mamy do czynienia z opowieścią historyczną. W praktyce – historią pozbawioną dat, tła i głębi. Mamy kilka(naście) postaci historycznych oraz wiele wydarzeń historycznych – bez ani jednego przypisu. Wyprawa Beringa, która zasługuje na osobną książkę (i dostała znakomitą Wyspę niebieskich lisów), została potraktowana z dziecinną prostotą, bez kontekstu, skrótowo i wręcz krzywdząco dla bohaterów tamtych wydarzeń.
Przykładowo, pojawia się stwierdzenie, że Bering nie wyszedł na pokład wydać rozkazu, bo “bolała go głowa”. Z Wyspy niebieskich lisów wiem, że Bering był wtedy tak chory, że nie był w stanie wstawać sam z łóżka.
A ponieważ nie ma przypisów, czytelnik nawet nie wie, które elementy książki to fakty, a które to widzimisię autorki. Ten przykład pokazuje, że postacie historyczne dostały charaktery, zachowania, słowa, a nawet myśli – pasujące autorce do kontekstu, a nie wynikające z faktów. Dla mnie – to niepojęte i wręcz oburzające.
Steller z kolei jest absurdalnie wręcz wychwalany po niebiosa. On – bohater i przyrodnik w jednej osobie – chciał badać i odkrywać świat. Reszta – czyli w oczach autorki przygłupia załoga z równie głupim kapitanem – była niespełna rozumu, bo kazała Stellerowi skupić się na przetrwaniu i chciała wracać do domu, zanim skończą im się zapasy. Zaskakująca lekkomyślność, skoro dopiero połowa załogi umarła na szkorbut!
Akcja przeskakuje z jednych wydarzeń na drugie bez konkretnego celu. W pewnym momencie pojawia się wątek żony gubernatora Archangielska na Alasce, który ciągnie się przez kilkadziesiąt stron. Jej refleksje o tym miejscu, jej ciąża i uciążliwości dnia codziennego nijak nie łączą się z głównym motywem. Nie miała nawet pół minuty życia związanego z tematem wymarłych zwierząt. Więc po co jej postać pojawia się w książce? Nie dowiadujemy się. Sam gubernator oraz jego siostra mieli do czynienia z tym tematem nieco więcej, ale są postaciami drugoplanowymi. Dlaczego? Dobre pytanie.
Mieszanie czasów i niekonsekwencja
To była chyba największa zmora przeszkadzająca w odbiorze. Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy stylu autorki, bardziej zorientowanego na samego siebie niż na treść, którą miał przekazywać. Czytając Żywe istoty raz trafiamy na czas przeszły, a raz na teraźniejszy. Zdarza się, że w jednym zdaniu przeskakuje nagle z jednego na drugi bez wyraźnego powodu. Do dziś czuję irytację, gdy o tym pomyślę.
Na dodatek zdarzało się, że treść zaprzeczała sama sobie. Na s. 236 dowiadujemy się, że ilustratorka próbowała nie wyobrażać sobie, jak musiało wyglądać zwierzę, którego organy wewnętrzne oglądała. Kilka akapitów później dostajemy opis tego, że właśnie… sobie wyobraża.
I oczywiście tu znów – brak przypisów, brak jakiegokolwiek potwierdzenia, że ta ilustratorka (postać historyczna), faktycznie myślała w określony sposób.
Piszę o bohaterach, a gdzie zwierzęta?
Powiedzmy wprost: to nie jest książka o zwierzętach. To książka o ludziach, którzy w jakimś stopniu mogli mieć kontakt ze zwierzętami. Samym zwierzętom jest poświęcony niewielki procent całej treści. Krowy morskie pełnią tu raczej rolę symbolu / tła, które ledwo majaczy gdzieś w oddali. Zostawia niedosyt, wiele znaków zapytania, wiele niedopowiedzeń. Zdaję sobie sprawę, że o krowach morskich wiadomo bardzo, bardzo mało, ale… to nie ja porwałam się na napisanie książki, która jest sprzedawana jako powieść O KROWACH MORSKICH.
W międzyczasie pojawia się motyw wyspy, na której chroniono ptaki. I znów – temat wyskakuje jak diabeł z pudełka, bez kontekstu, bez szerszej perspektywy. Jakby była notatka, coś się przypomniało, dopiszemy.
Brak głębszych refleksji o relacji człowieka z naturą, które idealnie pasowałyby do takiej książki. Brak uporządkowania, uzasadnienia w tekście takiego doboru bohaterów, scen, obrazów.
Podziękowania ze zgrzytem
Tak, do podziękowań też się przyczepię, choć może trudno w to uwierzyć. Autorka wpadła na dziwny pomysł podziękowania… wymarłym zwierzętom. Choć sam pomysł jest nietypowy i teoretycznie mógłby być ciekawym zabiegiem literackim, w praktyce wypada dość niesmacznie. Ma się wrażenie, że dzięki śmierci tych zwierząt powstała książka – a to mocno przesuwa środek ciężkości całej opowieści. Zamiast wzbudzać refleksję czy empatię, podziękowania pozostawiają poczucie niezręczności, jakby ta opowieść była ważniejsza niż same gatunki wymarłe.
I prawdę mówiąc, właśnie takie miałam wrażenie przez całą książkę.
Czy warto przeczytać Żywe istoty?
Żywe istoty to dla mnie mocne rozczarowanko. Mam wrażenie, że książka idealnie zagrała na poczuciu winy, którym część miłośników przyrody lubi obarczać siebie i całą ludzkość. I najwyraźniej to wystarczyło. Bo Żywe istoty ani nie są literacką perełką, ani nie dostarczają rzetelnej wiedzy. Błąkamy się od muzeum w Helsinkach, przez Alaskę, po morze Beringa, bez celu, bez kontekstu i bez cholernych krów morskich.
Oddajcie mi moje krowy, no.
Wyjątkowo pozytywne opinie
Zaskakuje mnie to, ale wspomnę: Żywe istoty mają wyjątkowo pozytywne opinie! Więc jeśli się wahacie, może jednak Żywe istoty przypadną Wam do gustu. Choć czytając pozytywne recenzje Żywych istot zastanawiam się, czy nie są wynikiem dość bezrefleksyjnej lektury. O ile wiele moich zastrzeżeń można uznać za subiektywne, nic nie tłumaczy braku przypisów podczas opisywania postaci i wydarzeń historycznych.
Jednak chcesz przeczytać Żywe istoty?
Buntowniku! :) Znajdziesz je tutaj:
*
Psst! Przeczytaj coś lepszego:
– Lanny. Baśniowy, małomiasteczkowy, magiczny
– Postrzyżyny Hrabala



Ty tak serio ?
Tak, jak najbardziej. Jeśli już piszę recenzje/opinie, to szczere – nawet jeśli moje zdanie różni się od zdania większości (co widzę choćby po opiniach na LC). Jeśli masz ochotę, podziel się swoim zdaniem, chętnie przeczytam. :)