Znany także jako Zespół Uczuć Ambiwalentnych.

Piąty rok to już trochę jak próg dorosłości. W zasadzie to jest zupełnie próg dorosłości, ale „trochę” działa jak bufor, którego potrzebuję, by być w stanie spokojnie o tym myśleć. Nie łudzę się już, że po piątym roku, w czerwcu, nagle w magiczny sposób przestanę pić kakao przez słomkę z kubków z obrazkami, że zamiast bluzy albo koszuli w kratę zacznę chodzić w garsonkach i butach na obcasie.

Słowo „garsonka” jest obrzydliwe.

Kiedy byłam młodsza myślałam, że po studiach będę totalnie ogarniętym człowiekiem, z dumą pozującym w todze, śmiesznej czapce i z dyplomem w ręce. Myślałam o tym i podziwiałam Martynę z przyszłości, która umie w dorosłość. Teraz już wiem, że wyobrażałam sobie tylko fantoma, ale to nie szkodzi. Mam w szafie sporo śmiesznych czapek.

To nie tak, że po studiach będę leniwą bułą. Znajdę pracę, choć mama zawsze powtarzała, że powinnam mieć własną firmę, bo inaczej zabiję własnego szefa. A jednak wygląda na to, że najpierw popracuję u kogoś. Ciekawe, czy okaże się spoko człowiekiem. Ciekawe, jaka to będzie praca. Zazwyczaj za optymizm obrywa się po łapach od Wszechświata, ale na razie cieszę się na myśl o niej.

Pratchett miał rację.

Cała wiedza zostaje zasuszona w tych książkach, po które studenci sięgają tylko wtedy, gdy potrzebują ich do prac zaliczeniowych. Akademicka atmosfera na czwartym roku zrobiła się trochę zbyt duszna. Nikomu nic się nie chce. Pasjonatów po obu stronach sali wykładowej jest zaskakująco mało.

Na pierwszym roku śmiałam się – na studia posłali, jak ślepego na wojnę, ale uwielbiałam się uczyć i słuchać na zajęciach. Nie wiedziałam jednak, co dalej. Teraz zastanawiam się, czy to nie dlatego nie widziałam drogi po studiach, bo jej tam nigdy nie było. Była woda po horyzont.

A bądź tu mądry i spróbuj wydeptać ścieżkę w wodzie.

Jasne, że mam plany po studiach, ale zrozumiałam, że są dla mnie ważniejsze rzeczy niż kariera zawodowa czy doktorat. Będę się dużo śmiać. Będę czytać te wszystkie książki, które zalegają mi na półkach. Będę mocno kochać. Pasjonować się drobiazgami i notorycznie zapominać o sprawach wielkiej wagi. Włóczyć się po polach w ulubionych, zdartych butach, z nieodłącznym psem w pobliżu, aż złapie nas ciemna noc.

I uwierzę, że wcale nie muszę się zmieniać, bo jestem wystarczająco dobra taka jaka jestem. Tak. To byłby całkiem dobry prezent od siebie dla siebie.