Książki i pisanie

Miodowa pułapka, Unni Lindell – czarna rozpacz czytelnika

Najbardziej betonowy kryminał jaki czytałam.

Czarna seria kojarzyła mi się z dość solidnymi kryminałami, dopóki nie przeczytałam dwóch. Czarny świt (autorstwa R. i C. Börjlind) był mierny – nie potrafiłabym powiedzieć teraz o nim ani słowa (poza tym, że jakieś wydarzenie miało miejsce nad wodą, ale umówmy się – w Skandynawii nie jest to wielki wyczyn). O Miodowej pułapce za to muszę napisać, ku przestrodze.

Policjant Cato prowadzi sprawę zaginięcia chłopca. Niedługo potem zostaje zamordowana kobieta i choć sprawy początkowo nie wydają się powiązane, to na pewno nawet teraz domyślasz się, że jest inaczej. Tropy prowadzą w różnych kierunkach, a śledztwo dodatkowo utrudnia fakt, że przełożona Cato włącza do jego zespołu Marian – wyjątkowo upierdliwą (zdaniem autorki) policjantkę.

Przyznam, że kryminał, mimo wszystko, czyta się dość szybko, co było dla mnie zaskakujące przy takiej ilości absurdu. No, to opis zalet mamy z głowy, przejdźmy do wad.

Kreacja postaci jest przeprowadzona możliwie nieskutecznie. Tak drewnianych bohaterów nie widziałam już dawno. Dlaczego? Opisy i zachowanie rozbiegają się w dwie zupełnie różne strony. Autorka próbuje przekonywać, że bohater jest taki i siaki, ale zupełnie brakuje jej umiejętności, by pokazać te cechy w praktyce – w dialogach i działaniach. Unni Lindell kreuje postaci naprędce, w momentach, w których akurat jej się o tym przypomni. A potem o nich zapomina, jakby porwał ją – płytki i mętny zresztą – wir fabuły.

Wszyscy bohaterowie jak leci – policjanci, podejrzani i poboczni – są nudni i bezbarwni. Nie mają w sobie nic, co pozwoliłby ich polubić, znielubić czy zrobić z nimi cokolwiek innego. Moim zdaniem nadają się tylko do potraktowania backspacem, na pewno nie do tego, by ujrzeć światło dzienne i to w kilku różnych krajach. Zdumiewało mnie, że można tak źle opisać ludzi. Potrafiłabym lepiej opisać obierki po ziemniakach.

Myślicie, że skopane postacie ogromna wada? Kreacja fabuły wypadła jeszcze słabiej – jest cienka jak rosół weganina przed gastroskopią. Całe śledztwo opiera się na:
a/ zbiegach okoliczności
b/ nagłym wyjawianiu przez podejrzanych informacji (w zasadzie bez powodu)
c/ nieuzasadnionym przeczuciu policjantów

Nie ma tam miejsca na analizę faktów, popis inteligencji podczas odkrywania kolejnych śladów czy odkrycie zakamuflowanych informacji dzięki nowinkom technicznym. Zamiast tego mamy policjantkę, która na przesłuchanie głównego podejrzanego beztrosko zabiera swojego psa i przywiązuje go do drzewa w ogrodzie na czas przesłuchania. Bo czemu nie. Czujecie ten poziom absurdu?

O dziwo Miodowa pułapka nie irytowała mnie aż tak podczas czytania. Być może dlatego, że podeszłam do niej jak do ciekawostki przyrodniczej – zaskakujące, że przy tylu tekstach, które istnieją i chcą zaistnieć na rynku wydawniczym, nadal znajduje się miejsce dla czegoś tak nieprzemyślanego, spłaszczonego i naiwnego. Proponuję Wam zaoszczędzić czas i przeczytać w tym czasie lepszy kryminał – chociażby Jedwabnika autorstwa Roberta Galbraith (a wszyscy wiemy, że J. K. Rowling).