Na peronie czeka dama.

Znasz ten typ. Z błyszcząca nowością walizeczką na kółkach, wielkość: na zwłoki przeciętnego koszykarza, choć jedzie tylko na weekend do domu. Zawsze bawią mnie te walizki, turkoczące na bruku i nierównych chodnikach wyrwiłapki. Męczę się na sam widok osoby ciągającej za sobą taki wynalazek.

Zacznę jeszcze raz – na peronie czeka dama. Ma tę swoją walizeczkę, ma też płaszczyk przed kolano, wcięty w talii i niby niedbale zarzucony komin. Jeśli ja niedbale założę komin, część wisi mi do pępka, a druga część mnie poddusza. Jej nie, bo wygląda jak bizneswoman, więc pewnie jedną ręką kończyła malować rzęsy, drugą zarzucała komin i akurat uzyskała efekt artystycznego nieładu. Trzecią ręką rozmawiała przez telefon z szefem, a czwartą przeglądała fejsa. Zdarza się.

Ma też makijaż, obowiązkowo. Dopracowany w najmniejszych szczegółach, kolorystycznie dopasowany do butów, bo tak jest modnie. Tygodniowo spędza na tym zajęciu tyle czasu, ile ja poświęciłam na malowanie farbkami w całym dzieciństwie. Unosi główkę. Brudno tu, na tym dworcu. Plebejsko jakoś, rzekłaby, gdyby tylko znała takie słowo, ale nie musi, bo w korpo mają od tego ludzi.

Słowem – ubiór, wygląd i wrażenie, które wywołuje – pierwsza klasa. Nie ma w sobie nic ze zmęczonych, wymemłanych podróżnych, zmęczonych siąpiącym na okrągło deszczem i ogólną szaroburością.

A obok stoję ja. Zakutana w chustę wielkości obrusu, w czapce, dżinsowej kurtce i z plecakiem. Czytam książkę i obserwuję sobie kątem oka ludzi, którzy przechodzą albo stają obok, jak ona. Myślę sobie, że nie potrafiłabym się tak pomalować, że pewnie wywołuje znacznie lepsze wrażenie niż ja, gdy tak telepię się z zimna, z Kindlem w ręce, zmoknięta jak kura i zmarznięta jak pies. Damy zła aura się nie ima i zachodzę w głowę, jak ona to robi, że nie odmarzają jej uszy bez czapki.

Podjeżdża pociąg. Akurat obie stajemy przy jednym wejściu, i wtedy czar pryska. Staruszki, ludzie wracający z pracy i ja, bohatersko ratująca Kindla przed wpadnięciem pod pociąg, zostajemy roztrąceni kilkoma ciosami nowiutkiej walizki na kółkach. Więc my, lud, kornie czekamy, aż pani wtarabani się do pociągu, roztrącając wysiadających i blokując wejście wsiadającym. Unoszę brwi. Trochę mnie to bawi, a trochę żenuje.

Z tej ekscytacji, że pojedzie pociągiem – zapomniała, że dama.

Psst, polub Partyzantkę na Facebooku!