Lifestyle

Rzecz, której nauczył mnie dziadek

W każdym domu powinno być miejsce na bajkę, a dorośli nigdy nie powinni lekceważyć ich potęgi.

W domu moich dziadków, pomiędzy tysiącem różnych spraw i rzeczy, które zawsze są do zrobienia w domu i gospodarstwie – między naprawami, pieleniem, oporządzaniem zwierząt i doglądaniem roślin – zawsze znalazł się czas na opowieści. Coś, na co my – cztery miłośniczki bajek – czekałyśmy z niecierpliwością. Na tę jedną chwilę w ciągu dnia rowery, sanki, łyżwy i latawce szły w odstawkę, a my na chwilę znikałyśmy z podwórka, bez żalu porzucając swoje zabawy.

Miałyśmy ogromny głód historii, a najlepszym bajarzem był nasz dziadek. Wyciągał chwilę ze swojego pełnego obowiązków dnia, w trakcie której nie liczyło się nic poza opowieścią. My też porzucałyśmy swoje obowiązki – zabawa w chowanego albo budowanie igloo na środku zaśnieżonego pola mogły poczekać. Oblegałyśmy dziadka, włażąc na kolana i zaglądając przez ramię, by być jak najbliżej. Byłyśmy niemożliwie ciekawe, co też wymyślił tym razem i nie chciałyśmy stracić ani jednego słowa.

Bo bajki były o nas i o nim.

Choć scenariusz zawsze był inny, ten jeden element nigdy się nie zmieniał. Opowieści były króciutkie, a dziadek – główny bohater – zawsze wychodził zwycięsko z opresji, ratując nas przed niebezpieczeństwem. Zawsze śmiał się w głos, opowiadając o swoich wymyślonych, heroicznych czynach i myślę, że musiał uwielbiać te chwile, kiedy słuchałyśmy z pełną powagą jego słów. Pewnego razu jego przeciwnikiem był bocian, który – według historii – chciał porwać jedną z moich kuzynek.

– Więc dziadek walnął go w ten głupi, czerwony dziób i bocian odleciał! – opowiadał dziadek, mając z tej historii chyba tyle samo radości co my.

Nie skończył żadnych studiów, ale mam wrażenie, że wiedział więcej niż większość osób, które poznałam. Potrafił znaleźć radość w absolutnie każdym drobiazgu, który go spotykał – nawet w tym, że babcia denerwowała się, gdy przy obiedzie recytował zapamiętany ze szkoły wiersz. Albo w tym, że budząc się przed wszystkimi, mógł przynieść nam do łóżka garść świeżo zebranych malin, pachnąc porannym, chłodnym powietrzem.

Jego opowieści pewnie nie byłyby szczególnie pochwalane przez pedagogów ani przez obrońców praw zwierząt. Nie znalazłyby się w żadnej dziecięcej książeczce. Ale swoimi bajkami i nieustanną radością nauczył nas jednego.

Bądź superbohaterem każdej swojej historii. Zwłaszcza tej, którą piszesz, codziennie wstając z łóżka.

  • Piękna historia. Już wiem po kim odziedziczyłaś talent opowiadacza. Czytając o Twoim dziadku, myślałam też o moim wujku, który odszedł trzy lata temu. Te opowiadane przez niego niestworzone historie, np. o krasnoludkach żyjących w ognisku. Łezka się zakręciła w oku przy okazji tej podróży do dzieciństwa…

    • Dziękuję. <3 Cieszę się, że udało mi się przywołać Twoje wspomnienia. :)

  • Zocha27

    Mój dziadek zmarł dawno temu i niewiele o nim pamiętam. Ale to co mi zostało to wspomnienie o najcieplejszym człowieku na świecie :) Rzadko już o kimś tak mówimy, lecz to określenie najlepiej do niego pasowało – to był po prostu dobry człowiek.
    A z jego opowieści najlepiej pamiętam tę o krasnoludkach. Kiedyś pokazał mi dwie wydrążone połówki pestek od wiśni, które wisiały na sznurku, a ten z kolei zawiązany był na cienkim patyczku. Dziadek powiedział, że tak krasnoludki noszą wodę, a w każdej połówce pestki zmieści się po jednej kropli porannej rosy…

    • Zocha27

      P.S przez ten post trafiłam na twój wpis czego nauczył cię koń. Dużo fajnych spostrzeżeń, które widzę jak pracuję ze swoim wymagającym psem ;)

      • Opowieści o krasnoludkach są bajkowe, chciałabym zobaczyć to miniaturowe nosidło do wody. <3

        PS. Też mam wymagającego psa, piątka! :)

        • Zocha27

          Oj tak, ale do dzisiaj nie wiem jak mu się udało zrobić to ”nosidlo” do wody ;)

          Może jednak krasnoludki istnieją naprawdę…..?

  • Kolejny argument za tym, że moi rodzice są jacyś dziwni. Mój tata uwielbiam opowiadać nam – trójce szkrabów – straszne historie, w którym przeważnie zły Złomiarz polował na trzy Autka (mieliśmy wszyscy hopla na punkcie małych, plastikowych autek…). Nie pamiętam, czy zakończenia były dobre czy złe, ale za to doskonale pamiętam wszystkie makabryczne momenty i to napięcie, gdy Złomiarz udawał skrzynkę na listy, a małe Autko, niczego nieświadome, zbliżało się, by wrzucić list… Stanowczo tata miał z tego jeszcze więcej radochy niż my. Gdy potem mama próbowała nam coś o Autkach opowiedzieć, została skrytykowana, że historie są za mało dramatyczne a zakończenia nudne i szczęśliwe, więc się obraziła i tylko czytała nam książki (po cichu pisząc na komputerze opowiadania, których nie dawała nam jednak czytać). Tak od dziewiątego roku życia opowiadaliśmy sobie historie samemu. Nie były to typowe bajki, tylko czysta, dziecięca fantastyka osadzona w uniwersum w alternatywnej wersji naszego kosmosu. To brzmi absurdalnie, ale w wieku dziesięciu lat miałam dobrze opracowane uniwersum z własnym klimatem, ukształtowaniem terenu, podziałek administracyjnym, polityką, rządem (coś w rodzaju oligarchii), prawami nim rządzącymi i takie tam… Nic lepszego i dziwniejszego już nie stworzyłam. Umarło w pierwszej gimnazjum, ale do tego czasu przez kilka lat codziennie wieczorem zbieraliśmy się z rodzeństwem w kuchni, żeby opowiadać sobie o naszych światach. Dla rodziców wstęp surowo wzbroniony.
    Pewne rzeczy są u nas chyba dziedziczne.
    Jedni dzięki bajkom z dzieciństwa mają optymistyczne spojrzenie na świat, a ja lubię makabrę i czarny humor, dzięki tato :P

    • Spotkania, na których twórcy światów opowiadają sobie bajki – rewelacyjne wspomnienie z dzieciństwa! <3

      PS. Małe autka mnie urzekły. :D

  • Zazdroszczę, u mnie zwyczaju opowiadania wcale nie było. Mama mi czytała dopóki sama się nie nauczyłam, wtedy nawet to zniknęło. Babcia za to śpiewała kołysanki, część z nich nadal znam na pamięć.

  • U mnie niestety opowiadania albo nie było, albo nie zapamiętałam żadnych historii. Pamiętam chyba jedną sytuację, kiedy byłam chora i siostra opowiadała mi bajkę o Żółtym Kapturku (z Liskiem zamiast Wilka). I to jak się wtedy śmiałam.
    Ale wiesz co, mam nadzieję, że dzięki temu co napisałaś następnym razem, kiedy mój siostrzeniec poprosi mnie, żeby mu coś opowiedzieć, nie będę szukała wymówek. Tylko przypomnę sobie to co tu przeczytałam. I coś wymyślę, opowiem. I może on za kilka lat też będzie mógł wspominać, tak jak Ty. :)