Pasja

Projekt pasja: Joanna Pielin-Kaczmarek – „hodowla ma sens wtedy, gdy widać postęp”

Projekt pasja to cykl, którego celem jest przeprowadzenie wywiadu z osobami o stu różnych pasjach. Chcemy wspólnie Was inspirować i pokazywać, że wokół jest mnóstwo możliwości, które czasem znajdziemy tuż obok nas – na przykład w kudłatej formie, drepczącej radośnie na drugim końcu smyczy.

Joannę Pielin-Kaczmarek znalazłam na Instagramie. Pokazuje tam swoją codzienność z polską, ale niezbyt popularną rasą psów – polskim owczarkiem nizinnym. Okazało się, że od 2015 prowadzi również hodowlę tej rasy pod przydomkiem Wataha Fuksa. Bardzo spodobało mi się odpowiedzialne, pełne pasji podejście do hodowli, a także to, że psy Joanny nie są figurkami do prezentowania na wystawach. Wspólnie z właścicielką próbują swoich sił w wielu formach aktywności – od pieszych wędrówek, agility i pasienia po rally-obedience, w którym często stają na podium! Joanna podkreśla, że jeśli ma coś robić bez psów, woli nie robić tego w ogóle. Jak wygląda życie, w którym czworonogi grają pierwsze skrzypce?

Podejrzewam, że myśl o hodowli wyrosła z miłości do psów? Jak to było?

Na pierwszym miejscu są psy, one są centrum mojego wszechświata i wszystkie moje życiowe decyzje kierowane są ich dobrem. W dzieciństwie miałam psa w typie polskiego owczarka nizinnego (PON) i jak tylko się usamodzielniłam, zapragnęłam mieć znowu psa, a jak pies to tylko PON. Pojawił się Fuks, bez rodowodu, bo wychowywano mnie w przekonaniu, że rodowód to tylko papier dla snobów. Szybko przekonałam się, że to nieprawda, bo zaczęły się problemy zdrowotne młodego jeszcze psa. Trafiłam na PON forum, które niegdyś, gdy nie było Facebooka ani Instagrama, skupiało wszystkich miłośników tej rasy. Tam właśnie otworzyły mi się oczy na kwestię hodowli ZKwP, istoty psa rodowodowego. Poznałam wielu miłych ludzi, kilka razy wystawiłam koleżance sukę na wystawach i tak złapałam bakcyla wystawowego. Zapragnęłam mieć swojego psa, którego będę mogła wystawiać i tak pojawiła się Spinka.

A myśl o hodowli? Kiedy się pojawiła i dlaczego zaczęłaś rozważać jej stworzenie?

Zaczęłyśmy wspólną przygodę wystawową ze Spinką , zdobyła uprawnienia hodowlane i tytuły. Wtedy postanowiłam pójść o krok dalej i założyć hodowlę.

Skończyłam studia na kierunku genetyka i hodowla roślin. Z racji mojego wykształcenia traktuję hodowlę bardzo odpowiedzialnie. Wpojono mi, że hodowla ma sens, gdy jest postęp hodowlany. Dlatego też nie interesuje mnie namnażanie szczeniąt. Hodowli jest wiele, a schroniska pękają w szwach.

Istotą jest wartościowe połączenie rodziców. Za cel postawiłam sobie „dolanie świeżej krwi” do zawężonej puli genetycznej PONów. Jest tendencja krycia suk modnym, utytułowanym reproduktorem z wygrywającej hodowli, a potem w kolejnych pokoleniach nie ma kim kryć, bo większość PONów jest spokrewniona.

Ja użyłam psa pochodzącego z francuskiej hodowli, którego właścicielką jest hodowczyni ze Szwecji. W rodowodzie ojca moich szczeniąt są psy zupełnie nieznane w Polsce.

Ważne też dla mnie było, aby pies, którego użyję pasował do mojej suki – poprawił cechy, które chcę dopracować i nie zepsuł tego, co ma wartościowe. Są rzeczy, które się udały, inne mogłyby wypaść lepiej. Nie ma psów idealnych, a do hodowli podchodzę z wielką pokorą.

Hodowla to z pewnością inwestycja ogromnej ilości czasu, energii i serca – nie mówiąc już o finansach. Co sprawia, że jednak uznajesz, że warto kontynuować jej prowadzenie?

Dla mnie jest sens hodować tylko wtedy, jeśli suka, którą mamy, jest warta rozmnażania i posiada takie cechy, które warto przekazać kolejnym pokoleniom. Takie jest moje podejście do hodowli.

Czas pokaże, czy będę miała kolejne mioty. Tym pierwszym odniosłam ogromny sukces, którego się nie spodziewałam – na 7 szczeniąt mam 4 młodzieżowe i dorosłe Championy Polski, jednego Interchampiona, 3 reporduktorów, z których skorzystało już kilka polskich hodowli, a także jedna niemiecka. Świeża krew Watahy poszła w świat. Bardzo mnie cieszy, że hodowle z takim wieloletnim doświadczaniem jak Banciarnia FCI czy Mościc FCI doceniły moją skromną pracę. Czuję się spełniona jako hodowca.

Dlaczego PONy? Ta rasa, choć polska, nie jest zbyt popularna.

Jak już wcześniej wspomniałam, wychowywałam się z PONowatym. Kiedy pojawił się Fuks, miałam bardzo idealistyczny obraz tej rasy. Fuks okazał się jednak typowym jej przedstawicielem, który nijak się miał do moich wyobrażeń. To z jednej strony bardzo oddany właścicielowi pies, ale z drugiej –uparty, krnąbrny czworonóg, który przy braku konsekwencji wejdzie właścicielowi na głowę. Tak też Fuks zrobił i do dziś wolno mu więcej niż pozostałym moim psom, choć przez lata udało się wypracować kompromis i ja też mogę z nim wszystko. To nie było łatwe.

Jeśli ktoś pragnie psa to przede wszystkim najpierw powinien się zastanowić, jak wyobraża sobie swoje z nim życie, co chciałby z nim robić, co jest w stanie psu zaoferować przy swoim trybie codziennego funkcjonowania. Gdy  potrzebuje jedynie kompana na co dzień, uważam, że powinien skierować się do schroniska. Jeżeli jednak ma dość sprecyzowane oczekiwania wobec swojego psa, wtedy powinien szukać odpowiedniej rasy do swojego stylu życia. Najgorszym wyborem jest kierowanie się modą czy wyglądem.

Z czym musi liczyć się ktoś, kto chciałby pójść w Twoje ślady i zostać hodowcą psów? Czy można potraktować to jako jedyne zajęcie?

Przyszły hodowca musi się przede wszystkim liczyć z odpowiedzialnością za istoty, które powoła na świat. Musi otoczyć je opieką, być gotowym na wiele nieprzespanych nocy, wydatki i, co najważniejsze, na znalezienie odpowiedzialnych domów. Ja robiłam mocny odsiew kandydatów na właścicieli moich szczeniąt. Chciałam mieć pewność, że ludzie, którzy będą mieli psa ode mnie, wiedzą, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Gdy pytałam ludzi jak zamierzają pracować z PONem to często spotykałam się z konsternacją. Taki delikwent nie miał szans na szczeniaka z Watahy Fuksa.

Ja nie wyobrażam sobie żyć z hodowli. Aspekt finansowy nie był dla mnie nigdy żadnym czynnikiem motywującym. Nie po to się tym zajęłam. Najważniejsze są psy, a hodowla to jakiś jej dodatek, sposób na rozwinięcie tej pasji, zdobycie nowego doświadczenia.

Jak wygląda Twoja codzienność z psami?

Pracuję zawodowo od poniedziałku do piątku, od 8-16, pomijając te godziny, cały pozostały czas poświęcam moim psom. Mój mąż jest szefem kuchni, to bardzo absorbująca praca, więc jakiekolwiek wyjazdy w pierwszej kolejności konsultujemy ze sobą, aby zawsze był ktoś z nimi był.

Całe nasze życie jest im podporządkowane. Każdy weekend staram się wynagrodzić im swoją nieobecność w ciągu tygodnia. Przez 9 lat mieliśmy działkę, na której spędzaliśmy każdego roku wszystkie dni wolne od wczesnej wiosny do jesieni. Były tam piękne tereny spacerowe. Działkę sprzedaliśmy, ponieważ jesteśmy w trakcie kupowania domu na wsi. Ta decyzja w głównej mierze była podyktowana dobrem naszych psów. Będą miały swój teren każdego dnia, choć wspólne spacery nadal będą istotna częścią naszej codzienności. Żal mi psów, które całe życie spędzają w ogrodzie.

Czym jest pasja?

Pasja jest dla mnie sensem życia, głównym motorem działania. Nie wyobrażam sobie życia skupiającego się tylko na pracy i codziennych sprawach.

Praca mojego męża jest jego wielką pasją, a moją są psy. Z nich dwóch powstał wspólny projekt o nazwie Master Chefs 4 Dogs. To jednak temat na zupełnie inną rozmowę. :)

Dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że coraz więcej hodowców będzie tak świadomie i odpowiedzialnie podchodziło do swojego zadania. Życzę Ci – i myślę, że Czytelnicy również – dalszych sukcesów hodowlanych i sportowych.

PS Watahę Fuksa znajdziecie również na Facebooku – klik!

Zdjęcia: własność Joanny Pielin-Kaczmarek