Książki

Leśna encyklopedia spisana kątem u popielic

Simona Kossak pisze O ziołach i zwierzętach w taki sposób, że jej książka mogłaby się nigdy nie kończyć.

Od dawna chciałam poznać to, co wyszło spod pióra tak barwnej postaci. Życiorys Simony zdaje się wręcz bajkowy: przez ponad trzydzieści lat mieszkała w leśniczówce w Puszczy Białowieskiej i aktywnie pomagała w ochronie zwierząt. Tymczasem ona stwierdziła po prostu, że tak naprawdę mieszkała kątem u popielic, ale chyba żaden miłośnik przyrody nie pogardziłby takimi współlokatorami.

„W nagrodę za dobre sprawowanie będziesz miał w nocy koncert. Pod starą podłogą drewnianego domu odbywa się dzikie tupanie, uganianie i wrzaski. To popielice załatwiają między sobą porachunki, a mają sobie wiele do zarzucenia.

Jedna rodzina mieszka po prawej stronie domu, druga po lewej. I te strony im się mylą.”

Klimatyczne wydanie…

O ziołach i zwierzętach było moim pierwszym spotkaniem z postacią Simony i jej twórczością. Spotkaniem, które rozpoczęło się ogromną sympatią od pierwszego wejrzenia. Dosłownie – bo wydawnictwo Marginesy stanęło na rzęsach, by ta książka wyglądała tak, jakby należała do podręcznej biblioteczki leśnego licha. Pięknie ilustrowana starymi, klimatycznymi rycinami, które pojawiają się na co drugiej stronie, z miejsca wprowadza w stan spokoju. Dlatego uwielbiałam czytać ją przed snem, zaledwie kilka stron dziennie, bo niespieszno było mi do opuszczania leśnych ścieżek i poznawania ich sekretów.

Wiem, że treść to nie wszystko. Doceniam świetną robotę wydawnictwa, które zadbało o porządną korektę (niby oczywistość, ale dziś coraz częściej traktowana po macoszemu) i o przygotowanie szaty graficznej – widać, że publikacja została przygotowana z głową i pomaga eksponować treść w niebywale klimatyczny, ale nienarzucający się sposób.

I pomyśleć: w nagrodę za tak wierną służbę doczekała się babka wąskolistna miana chwastu i chemicznego tępienia. […] Dziś do chwastów zaliczono wiele najcudowniejszych ziół.

…z równie niezwykłym wnętrzem

Książka ma strukturę zielnika – każdy z króciutkich rozdziałów poświęcony jest osobnej roślinie lub zwierzęciu. Autorka z humorem i lekkością snuje opowieści o każdym z nich. Zdaje się, że mimochodem wplata merytoryczne informacje, innym razem wspomina o magicznych właściwościach niektórych roślin. Każdy rozdział czyta się tak, jakby na spacer do lasu zabrał nas pasjonat, który jednak nie zamierza szczycić się swoją wiedzą. Chce nam pokazać to, co jest jego pasją oraz – o ile to możliwe – zaszczepić w nas bakcyla odkrywcy i obudzić drzemiącą, dziecięcą ciekawość.

Z przyjemnością dałam się wciągnąć w tę grę. Gdy wychodziłam na spacer, rozglądałam się, ciekawa, czy uda mi się nazwać którąś z roślin. Patrząc, nie widziałam już jakichś tam krzewów. To był głóg, który ma świetny wpływ na układ krwionośny – potrafi rozszerzać naczynia wieńcowe, zwiększając przepływ krwi nawet o 80%, a dawniej leczono nim m. in. zapalenie opłucnej.

Zupełnie innym okiem spojrzałam na rośliny popularnie uznawane za chwasty i chciałabym, żeby jak najwięcej osób poznało ich właściwości. Dowiedziałam się też, z jakiego drewna są zrobione pale podtrzymujące Wenecję na powierzchni i dlaczego sowa kręci głową, by się rozejrzeć.

„W 1798 roku sikorki bogatki zagnieździły się w glinianym garnku wiszącym na drzewie w ogrodzie Oxbridge. Z wyjątkiem dwóch sezonów, aż do roku 1873 kolejne pokolenia wychowywały się w tym naczyniu. Nie do wiary! Siedemdziesiąt pięć lat wisiał garnek i nikt go nie rozbił kamieniem.”

Historie o zwierzętach były miłym przerywnikiem i uzupełnieniem. Dzięki nim puszcza przedstawiana przez Simonę Kossak ożyła. Myślę, że gdyby autorka poprzestała na przedstawianiu roślin, forma książki mogłaby wydać się nieco monotonna, ale zdaje się, że Kossak zdołała to przewidzieć i dała czytelnikom niespotykaną okazję do obserwowania zwierząt w ich naturalnym środowisku… bez wychodzenia z domu. Czytając opis rysia lub dzików miałam wrażenie, że autorka opisuje sytuacje, które zaobserwowała podczas swoich wypraw po lesie.

Książka, której potrzebujemy

O ziołach i zwierzętach mobilizuje, by otworzyć szerzej oczy i bardziej świadomie postrzegać otaczającą nas naturę. To smutne, że nasi przodkowie potrafili wymienić szereg zastosowań różnych ziół, których my nawet nie potrafimy znaleźć pod swoimi nogami, a cóż dopiero – nazwać. Albo z uporem maniaka pozbywamy się z ogrodów leku na stany zapalne układu pokarmowego i anemię (babka wąskolistna) czy cukrzycę i bóle reumatyczne (pokrzywa), by zamiast nich zasadzić fikuśne, zagraniczne rośliny. Trudno jednak wygrać z kompleksem Polaków, w myśl którego to, co nasze, jest złe, a zagraniczne – dobre. Zwłaszcza, gdy kosztuje miliony monet, a zioła przecież są za darmo.

Powiem Wam, że to jakiś zupełny obłęd, że obecnie na księgarskich półkach można znaleźć tyle magicznych książek o przyrodzie. Chciałabym, żeby wpłynęło to na wrażliwość Polaków i ich stosunek do natury wokół. Bo myślę, że bardzo tego potrzebujemy.

„Wiek XX, wiek niedowiarstwa, rozłożył nieszczęsną roślinę na poszczególne składniki, nazwał ją uczenie, zaklął we wzory chemiczne i pozostało mu już tylko pochylić czoła przed mądrością analfabetów.”

  • Julia Liszewska

    Tak mnie zachęciłaś, że chyba ją kupię 😂

    • Powiem Ci, że jak ją zobaczysz na żywo, to pewnie się zakochasz w wydaniu, tak jak ja. :D Tworzy niesamowity klimat!