Imię róży to książka, którą czytaliśmy całe wieki, ale wreszcie możemy o niej porozmawiać.

Rafał: Jak podobało Ci się Imię Róży?

Martyna: Skomplikowane pytanie, bo z jednej strony podobało mi się bardzo, a z drugiej w ogóle – zależy, pod jakim kątem spojrzeć.

Rafał: Dla mnie klimat tam panujący był genialny, bo od pierwszej strony czuło się klasztorny chłód. Nie wiem jak to opisać, ale jak czytając Imię róży słyszałem echo – takie jak jest w kościołach i wtedy już wiesz że jesteś w tego typu miejscu. Ale za to gdy czytałem momenty filozoficznych dyskusji czułem się rozdarty, bo jedne były świetne (takie jak te o śmiechu) a drugie mnie pokonały – jak ta o odróżnianiu heretyka od nie heretyka. ;)

Martyna: Klimat rzeczywiście był świetny. W eseju na końcu powieści, w którym Eco opowiadał, jak tworzył Imię róży, napisał, że dużo myślał o tej historii zanim zaczął pisać, padło nawet zdanie, które uważam za warte zapamiętania: „na początku nic powieści po słowach”. Widać, że ta powieść jest przemyślana w każdym calu, że ten świat jest pełny i spójny. Nie jest tylko makietą, którą ktoś naprędce postawił. Dzięki temu da się odczuć – jak piszesz – klasztorny chłód. Mnie kojarzy się z szerokimi korytarzami o kamiennych posadzkach i terenem przed kościołem, bo tam stał Adso na początku i tam pokonał mnie 3-stronicowy opis portalu.

Właśnie, dla mnie niektóre opisy były przekombinowane, zdarzały się też zbyt obszerne dialogi. Jakby Eco trochę za bardzo się zapędził. Co dla Ciebie było wadą?

Rafał: Wadą dla mnie było to, że ta książka za często przypominała mi architektoniczne Nad Niemnem, za dużo opisów (pięknych, ale nudnych), za mało istotnej treści, ale to też nie trwało wiecznie, po przybyciu Berdnarda Gui wszystko u mnie się odwróciło i nawet dyskusje zaczęły być ciekawe. Nie ma co jednak ukrywać, książka mogła być zamknięta w 400 stronach, ale boję się, że wtedy nie dałoby się odczuć tego klimatu klasztoru, zimy i krajobrazu górskiego.

Teraz sobie przypomniałem!!! Najgorsza była scena seksu! Ja rozumiem, że to był mnich, ale na rany Chrystusa po tym opisie sam uwierzyłem, że seks to coś złego!

Martyna: To znaczy, że Eco spisał się jako przekonujący twórca. :D

Masz rację, że książka mogłaby się zmieścić w 400 stronach i myślę, że wtedy również miałaby klimat – przecież np. Na Zachodzie bez zmian to króciutka powieść, a klimatu nie można jej odmówić.

Dla mnie właśnie ta objętość była koszmarna, bo miałam wrażenie, że wszystko jest rozciągnięte ponad miarę. Mnisi strasznie mi się mylili i do samego końca musiałam poświęcać 100% uwagi temu, kto jest kim, po czyjej stronie i czy przypadkiem ten, który się teraz wypowiada, nie leży właśnie zamordowany w drugim pokoju.

Rafał: Jeżeli chodzi o Na zachodzie bez zmian to masz rację, uważam, że klimat tam jest świetnie przedstawiony, ale wydaje mi się, że łatwiej jest kogoś zniechęcić do czegoś (jak było w powieści Remarque’a), a trudniej i obszerniej trzeba coś przedstawić, żeby udowodnić że jest piękne. I tak było w przypadku obrazów, rzeźb, posągów i całej przedstawionej architektury. Jeżeli książka byłaby zamknieta w 400 stronach, co jest możliwe, straciłaby ten klimat i stałaby się zwykłym kryminałem osadzonym w średniowiecznych klimatach.

Martyna: W ten sposób o tym nie myślałam. :) Muszę przyznać, że Imię róży wywołało we mnie tak różne uczucia, że z jednej strony uwielbiam tę książkę – choćby za to, ile o niej myślałam podczas lektury i po niej – a z drugiej strony nie znoszę jej – chyba za to przekombinowanie, które nie wydało mi się wcale żadnym majstersztykiem. Skarykaturalizowany w postaci Jorgego Borges robił to lepiej. :D

Rafał: W każdym razie, jak niektóre matki chcą wpisać sobie w CV bycie matką, tak ja chętnie wpiszę sobie przeczytanie Imienia róży. Trudna lektura, trudny język (z powodu nadmiaru łaciny), ale ta książka kupiła mnie tym, że jest osadzona w ciekawych dla mnie czasach i pokazuje mi konflikt cesarsko-papieski z dwóch stron. W każdym razie podobała mi się i jestem zadowolony, że się za nią zabrałem. Polecam ją każdemu miłośnikowi kryminałów i historii.

Martyna: Ja raczej bym jej nie poleciła, choć tak samo cieszę się, że ją przeczytałam. Naprawdę, mam wobec niej totalnie skrajne odczucia!

Rafał: Ja raczej potraktowałem, tę książkę jako obowiązkową pozycje i bardziej mi się podobała niż Rzeźnia numer pięć z tego powodu, że po Rzeźni miałem niedosyt a po Imieniu róży jestem chwilowo „najedzony” literaturą.

Martyna: Niee, ja zdecydowanie skłaniam się ku Rzeźni, chociaż do Imienia róży pozostanie mi ogromny, irracjonalny sentyment.

Rafał: Lubisz się torturować? To zgłoś się do Berdnarda Gui :D

*

Postanowiliśmy, że następnym razem zabieramy się za Helisę Marca Elsberga! :)