Lifestyle

Czy warto zrobić sobie tatuaż?

I czy kilkaset tysięcy dziabnięć igłą w ciągu jednego dnia może w ogóle coś zmienić?

Trzynasty października, moje urodziny. Razem z Rafałem szukamy salonu tatuażu sprytnie ukrytego w jednej z opolskich kamienic.

– Uciekamy? – proponuję odważnie w pewnym momencie.

– Jeśli chcesz – przytakuje trochę zdziwiony. Wszak to mnie mają kłuć przez cały dzień igłami.

Ale kiedy docieramy na miejsce i Karolina przykłada kalkę, żeby niebieski zarys tatuażu odbił się na skórze, stwierdzam (zaskoczona własnym przypływem odwagi), że wcale nie chcę zwiewać. Niech kłuje. Leszy jest idealny.

*

Za dużo myślę na wiele niepotrzebnych tematów i wieczorem, leżąc w łóżku ze świeżym tatuażem na nodze, doznaję przerażenia się na myśl, że nigdy się go nie pozbędę. Mogę zmienić wszystko inne. Zerwać kontakt ze znajomymi, wyjechać do innego kraju, ba, zmienić nazwisko. Ale leszy zostanie na moim udzie na zawsze.

Pierwszego dnia ta myśl jest przytłaczająca.

Drugiego nadal, choć pojawia się etap nieśmiałej radości.

Trzeciego dnia próbuję pomyśleć o tatuażu z sympatią i wychodzi.

A dziś, po pół roku, z każdym dniem uwielbiam go coraz bardziej i niezmiennie wywołuje na mojej twarzy uśmiech. Było warto.

Nie stałam się bardziej pewna siebie dzięki tatuażowi, jak niektórzy obiecują. Więc jeśli oczekujesz magicznej przemiany po wyjściu z salonu tatuażu, ostrzegam: trochę tuszu pod skórą to za mało żeby zmienić czyjąś osobowość i wyleczyć kompleksy. Ale spełnienie marzenia może być dobrym początkiem przemian, nie sądzisz?

Lubię siebie w tym tatuażu tak, jak niektórzy lubią siebie w ulubionych butach lub sukience. Lubię myśl, że mi towarzyszy, bo leszy to demon opiekuńczy wszystkiego, co jest mi bliskie. Lubię jego zakapturzoną gębę, o której przypominam sobie w stresujących sytuacjach albo zupełnie przypadkowo, nagle, jakby dawał mi znać, że jest obok. Fajnie, że jesteś obok, panie leszy.

Wydawało mi się nieprawdopodobne, żebym kiedykolwiek odważyła się na ten krok. Pal sześć ból podczas robienia tatuażu. Obawiałam się reakcji rodziny, a wybieranie wzoru dla maniakalnego perfekcjonisty było przedsionkiem piekła. Robienie tatuaży jest dla innych, myślałam. Mnie pozostają marzenia i folder na pulpicie z ulubionymi projektami.

A potem udowodniłam sobie, że jednak nie. Uznałam, że marzenia są czymś więcej niż wyszperanymi w necie zdjęciami i powinno się je traktować z należytym szacunkiem. A potem spełniać z pompą i bez półśrodków.

Więc jeżeli jesteś jedną z tych osób, dla których z jakiegoś powodu zrobienie sobie niezmywalnego obrazka na ciele jest ważne – zrób go. Jeśli ktoś uważa, że nie powinieneś – niech spierdala.