Lifestyle

Chodźmy na spacer

Zazwyczaj spacerujemy tędy same, ale może dziś pójdziesz z nami?

Idę na spacer z psem. Jej obroża brzęczy kilkanaście metrów za mną, więc wiem, że jest w pobliżu i nawet nie muszę się odwracać. Zaskakująco słonecznie jak na tę porę roku. Łapię się na myśli, jak bardzo brakowało mi słońca. Ściągam kaptur z głowy, i wiatr natychmiast zaczyna układać moją fryzurę na swoją modłę. Mamy niesamowicie odmienne gusta.

Idziemy ścieżką nad jeziorem. Joy, wiatr i ja. Dosłownie nad jeziorem. Kilkunastometrowa skarpa dzieli nas od brzegu, a idąc górą, mamy widok na całe jezioro. Część wody jest ścięta cieniutką warstwą lodu, przez co powierzchnia tkwi nieruchomo, jakby została zatrzymana w stopklatce. Poranne światło jest tak blade, że świat wygląda jak oglądany przez matową szybkę. Jest pięknie. Szukam wzrokiem drewnianego domku po drugiej stronie jeziora. Lubię myśleć, że niesamowicie dobrze by się w nim pisało, choć pewnie ten, kto tam mieszka, nigdy nie tknął pióra. A może jednak?

Ptaki wrzeszczą na drzewach. Nie mam pojęcia, czym są tak podekscytowane w mroźny poranek. Nie znam tego odgłosu. Co to za gatunek? Przystaję, pozwalam sobie na luksus niespieszenia się donikąd. Spoglądam w górę i szukam ich wzrokiem. Sójki? Tak, to sójki. Obiecuję sobie, że zapamiętam ten dźwięk, ale nie już po chwili nie jestem w stanie przywołać go w myślach. Chyba, że znów odezwie się któraś. Wtedy już będę wiedziała, że to one.

Przez ptaki zaczynam się zastanawiać nad tym, że pewnie znam więcej nazw marek i firm niż gatunków drzew i roślin. Ciekawe, czy byłabym w stanie wymienić jakąś nazwę rośliny wodnej? Przychodzi mi na myśl moczarka kanadyjska i parskam śmiechem, bo przypomina mi lekcje biologii, na których regularnie słyszałam oburzoną nauczycielkę: „Szkołyk, ty matury nie zdasz!”. Przemiła kobieta.

Joy jest w pobliżu? Come – mówię, nawet niezbyt głośno. Nie chcę zepsuć tego poranka. Mam wrażenie, że jest tak kruchy jak mgiełka lodu na jeziorze w dole, która przecież skrzypi przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru.

O co chodziło z tą moczarką? Nawet nie mam pojęcia, czemu przyszła mi do głowy. Z gatunkami ryb poszłoby znacznie lepiej, lubiłam kiedyś łowić je z tatą. Obiecuję sobie, że będę uczyć się nazw roślin i oczywiście zapominam o tym niemal natychmiast.

Przystaję, żeby popatrzeć na jezioro. Mam ochotę spędzić tak cały dzień i obserwować, jak słońce powoli wpada do wody. Staram się, jak Joy, myśleć tylko o tej chwili, w której jesteśmy teraz obie – tylko o tym spacerze. Kusi mnie, żeby stać do nocy i cieszyć się tym dniem, ale muszę zerknąć na zegarek i iść dalej, jeśli mam zdążyć na dzisiejsze zajęcia. Trudno mi ruszyć się z miejsca, bo to jedno – gdzieś na środku ścieżki wzdłuż jeziora – jest przez chwilę idealne.

Nikt donikąd nie zmierza. Nikt nie osiąga sukcesów. Chcę zostać, choć wiem, że za moment muszę wracać. Do siebie, powiedziałabym, gdyby nie poczucie niepewności, czy właśnie tu, zupełnie sama nad jeziorem, nie jestem bardziej „u siebie” niż gdziekolwiek indziej.

  • Pięknie piszesz. Natura zawsze będzie naszym prawdziwym domem…
    Właśnie czytam książkę o Australii i jest oczywiście rozdział o Aborygenach- ich kultura powoli odradza się i rozprzestrzenia- już teraz gdzieś tam są warsztaty jak przetrwać na łonie natury. Tyle mamy tego wszystkiego, a oni, gdy coś się stanie, dadzą sobie radę. To skłania do myślenia…

  • Łał, bardzo poetycki tekst.

    „Szkołyk, ty matury nie zdasz!” Moja ma inne powiedzenie: ,,Matura już jutro”. Od września już jutro matura. A moczarka kanadyjska i jej fotosynteza, kto nie spędził nad nią kilku godzin życia?

    • Chyba ja się mogę zgłosić :). Pierwsze słyszę ;).

      • To chyba dobrze, bo moczarka kanadyjska to wredny wodny chwast.

        • Mnie najbardziej zapadły w pamięć cykle rozwojowe różnych mchów etc. x.x I lancetnik! Mieliśmy dosłownie jedne zajęcia przeznaczone na wszystkie ryby, jedne na wszystkie gady etc., a tego diabelnego lancetnika tłukliśmy przez kilka lekcji.

  • Świetny tekst. Boże ile ja bym dała, żeby to nieopodal mojego miejsca zamieszkania znajdowało się jakieś jezioro. ♥ Tak kocham wodę a musiałam się urodzić akurat pośród gór i nie mieć do niej dostępu. Yhh..

  • Jak byłam mała, mama mnie nauczyła nazw po łacinie kilku zwierząt i roślin. Tak mi to do głowy wpoiła, że później wśród rówieśników rzucałam tak całkiem na luzie „o, drozofila melanogaster!”.
    Ze w sensie muszka owocowa.

    Też mi mówili, że matury nie zdam. Mówili też, że przyda mi się wyższe wykształcenie. No cóż, ludzie mówią różne rzeczy, bez żadnego sensu ;p

  • Po prostu piękne 💙