Książki

Ballada o przestępcach – książka pysznie zła

Moja opinia o tej książce jest negatywna jak wyniki badań jakości krakowskiego powietrza. Chodźcie. Wspólnie z autorem będziemy robić z logiki bardzo nieobyczajną dziewkę.

Opis tej książki od razu mnie przyciągnął – przestępcy porywają dwóch chłopców wędrujących z trupą artystów. Następnie dzieci zostają poddane szkoleniu – w przyszłości same mają stać się złodziejami i mordercami, by w ten sposób zarabiać na życie. Na dodatek akcja toczy się w średniowiecznej Anglii.

Brzmi ciekawie i klimatycznie?

No właśnie – również dałam się na to złapać. Gdy tylko przeczytałam te parę zdań, moja wyobraźnia zaczęła pracować na pełnych obrotach. Widziałam szesnastowieczne uliczki Londynu, wszechobecną mgłę i turkoczące na wyboistych drogach wozy, a wśród tego zgiełku – dwóch zagubionych chłopców, których życie ktoś nieodwracalnie zmienił. A potem spotkało mnie gwałtowne zderzenie z rzeczywistością. I tu zaczyna się długa lista moich zarzutów.

Czuję się trochę wprowadzona w błąd.

Książka reklamowana jest jako „porywająca przygodowa powieść historyczna osadzona w średniowiecznej Anglii.” Cóż – ani porywająca, ani historyczna. Pod taką etykietą otrzymujemy powieść tak sztampową, że pod hasłem „sztampa” w słowniku można by umieścić tylko jej tytuł. Nie rozumiem również skąd stwierdzenie „historyczna”, bo poza tym, że akcja toczy się w średniowieczu, nie uświadczymy tam za grosz historii (jeśli mam być skrupulatna – a będę – w książce raz pojawia się imię ówczesnego króla. Ot, cała historyczność.).

Gwoli ścisłości – nie znęcam się nad debiutem, bo Marcin Hybel napisał już dwie książki – Awantura na moście i Na zdrowie!. Nie znam ich i nie poznam, bo Ballada o przestępcach była moim pierwszym i ostatnim spotkaniem z autorem. Są książki, po których nie ma się ochoty dawać ich twórcy drugiej szansy i ta do nich należała.

Totalny brak przygotowania

Uważam, że powieść historyczna jest jedną z trudniejszych do realizacji. Wymaga niezwykle skrupulatnego przygotowania i takiego obycia ze źródłami i ówczesnymi realiami, żeby nie tylko swobodnie się wśród nich poruszać, ale też wymyślić całą przekonującą opowieść osadzoną w konkretnym okresie. Mam wrażenie, że Hybel wiedzę o szesnastowiecznej Anglii zaczerpnął z jakiegoś na wpół obejrzanego filmu.

Na końcu książki brak jakiejkolwiek bibliografii lub noty historycznej i już samo to dało mi do myślenia. Dla porównania – Angus Watson, który popełnił rewelacyjną trylogię Czas żelaza, umieścił w swoich książkach zarówno komentarze dotyczące aspektów historycznych, jak i bibliografię książek, z których korzystał. Nie tylko stał się dzięki temu bardziej wiarygodny, ale osoby zainteresowane tematem miały świetną podstawę do poszukiwania wiedzy.

Ustaliliśmy już, że odniesień do historii Balladzie o przestępcach brak. Z tego powodu książka przypomina rysunek, w którym ktoś pospiesznie naszkicował pierwszy plan. Tła brak. Jednak poważniejszym problemem jest to, że historia brutalnie mści się na autorze za jej nieznajomość i każe mu raz za razem strzelać gafy z powodu nieznajomości różnych faktów.

Głodni przykładów?

To może bigos? Taki, który według Hybela jedzą szesnastowieczni, niezamożni Anglicy w przydrożnej karczmie. Wystarczy zerknięcie na Wikipedię, gdzie czytamy: „potrawa tradycyjna dla kuchni polskiej, litewskiej i białoruskiej”. W formie znanej obecnie występuje dopiero od osiemnastego wieku. Może karczmarz był jakimś prekursorem, który wymyślił danie dwa wieki wcześniej, na ziemiach zupełnie bigosowi obcych?

Innym dobitnym przykładem na totalny brak orientacji w szesnastowiecznych realiach jest fakt, że autor, w swej nieskończonej pomysłowości, napisał:

„Zatrzymał się przed zakładem szewskim reklamowanym szyldem «Wymiana dratew, renowacja skuwek». ” – s. 360.

Trochę mnie zatkało, bo myślałam, że większość ludzi wie, że w średniowieczu panował powszechny analfabetyzm, a czytać potrafiła znikoma część społeczeństwa. Nawet jeśli jakimś cudem SZEWC potrafiłby pisać, po co mu taka reklama, skoro nikt by jej nie odczytał? Średniowieczne szyldy zawierały rysunki tego, czego dotyczyły profesje właścicieli warsztatów. Autor powieści historycznej powinien to wiedzieć.

Wiedza o koniach, tak nieodłączne związanych w naszej świadomości ze średniowieczem, również nie stanowi mocnej strony autora. Na samym początku książki wędrowna trupa zatrzymuje się, a woźnica daje koniowi „wór owsa”. Kiedy pracowałam w stajni, worek owsa wystarczał nam na przynajmniej dwa miesiące. Do wyżywienia dwóch koni.

Zabawny był też opis jednej z postaci, uciekającej konno przez las. Autor pomyślał chyba, że wierzchowce działają jak samochody, bo gdy jeździec nie zauważył zwalonego drzewa, koń po prostu na nie wpadł. Urocza niefrasobliwość twórcy! Nie twierdzę, że należy znać się na wszystkim, ale kto pyta nie błądzi. A autor pobłądził solidnie.

Logika? Ale po co?

Rozwiązania w tej powieści nawet nie próbują być rozsądne. Wyobraźcie sobie: porywa Was grupa przestępców, na dodatek brutalnie mordując Waszą rodzinę. Wam co prawda jest trochę przykro, ale z czasem stwierdzacie, że w sumie to spoko opcja pracować dla oprawców. Przecież wiadomo jaka jest sytuacja na rynku pracy…

Z drugiej strony dziwny sposób pozyskiwania przestępców do gildii. Myślę, że znacznie skuteczniejszym sposobem byłoby zgarnianie jakichś bezdomnych i sierot z ulicy – oni mieliby realne powody, by lojalnie pełnić służbę. Ale przecież nic tak nie nakręca akcji jak morderstwo na samym początku.

Były też pojedyncze „smaczki”, których nijak nie pojmę. Może Wam się uda.

„Thomasowi nie w smak było urzędować w niedokończonej świątyni, dlatego z początkiem roku musiał pozbyć się budowlańców.” – pominę tych „budowlańców”, bo do stylu przejdziemy dopiero za chwilę, ale serio? Chcesz skończyć remont, więc wyrzucasz pracowników?

„[…] chwycił za włosy i poderżnął jej gardło jak wieprzowi. Przez rozwartą krtań buchnęła parująca posoka.” – krew buchająca z kości musiała wyglądać dość niezwykle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że zazwyczaj „bucha” z tętnic lub żył.

Warsztat? Nope. Styl? Nope.

Inna sprawa to warsztat autora i jego sposób pisania. Tu ukłon w stronę wydawnictwa, bo widać, że korekta i redakcja tej książki była orką na ugorze i generalnie bardzo nierówną walką, z której Czwarta strona wyszła obronną ręką. (Pytanie tylko co ich podkusiło, by to wydać?)

Nie mam pojęcia jak ktoś piszący książkę historyczną może tak bardzo unikać stylizacji języka. Dodałaby klimatu i klasy tej powieści. Jej jedyną próbą są powtarzane na każdej stronie (czasem nawet w każdym akapicie) słowa: wszelako i rzezać mieszki/rzezimieszek. Do tego stopnia, że pod koniec książki po prostu mnie bawiły. Autor woli takie wyrazy jak „ramol”, „facet”, „walnął go”, „wkurzał się”. Przyznajcie, przeciętny fanfik ma bardziej wyrafinowany styl. Próba odwzorowania żargonu środowiska przestępczego opiera się na słowie „kurwa” i dwuznacznych żartach.

Jeśli przypadkiem szukacie powieści z najbardziej sztucznymi i nienaturalnymi dialogami zaskoczę Was – to kolejna atrakcja, którą oferuje nam Ballada o przestępcach:

– Wykorzystałaś mnie. Zraniłaś Agnes…
– To nie tak. Ja…
– Zejdź mi z oczu.
– Will… proszę…

No to generalnie wszystko sobie wyjaśnili.  Podobnie jak ta para:

– Nie bądź głupi!
– Kiedy tak było!
– Bzdura, o której nie chce mi się gadać.
– I dobrze.
– Ażebyś wiedział.
– Zawsze do ciebie musi ostatnie słowo należeć?
– Musi.
– I dobrze.
– Ażebyś wiedział.

Nie wiem jaki cel mają te dialogi. Może miały być zabawne?

Autora problem z kobietami

Chciałam odłożyć tę książkę na półkę i po prostu zapomnieć o istnieniu tak słabej powieści po pierwszych dwudziestu stronach. Ale właśnie z tego powodu nie mogłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam się urażona jako dziewczyna podczas czytania książki.

Co to miało być? Chyba terapia jakichś osobistych kompleksów autora. Innego wytłumaczenia nie widzę.

Kobiet i dziewczyn w tej książce właściwie nie ma. Są baby, gówniary i cipy. Na dodatek autor poprzestawał tylko na opisie ich wyglądu, obowiązkowo określając wielkość cycków. Bo przecież osobowości i charakterystycznych cech lub umiejętności kobiety nie mają żadnych. Przyjemnie, prawda? No to łapcie kilka cytatów na dokładkę.

„Był światom, że zabranie konia babie to żaden wyczyn, ale przecież nikt nie musi o tym wiedzieć.”

Podczas konnej jazdy:

„Dotychczas Will trzymał się tylnego łęku, ale przy tej prędkości chwycił dziewczynę wysoko nad talią. Tak po prawdzie jego dłonie leżały prawie na cyckach.
– Zabieraj łapy – upomniała go przez ramię.
– Trzymać się muszę! […]
– Will, nie żartuję. Odwinę i uzębienie wyszczerbię.
[…]
–Aleś marudna.”

Kobieta nie chce być macana przez jakiegoś kretyna? Jest MARUDNA.

„Suka, w dupę ją mać pchana, przewróciła Williamowi w głowie i okazała się dla niego ważniejsza od gildii. Głupiec mógł mieć wszystko. […] Ale nie! On musiał się kierować fiutem.”

Tak, autor relacje damsko-męskie sprowadza tylko do seksu. Zaczyna zależeć ci na jakiejś kobiecie? Po prostu masz na nią ochotę, tyle. Żadnych uczuć wyższych. Kobiety pojawiają się w Balladzie o przestępcach tylko jako ożywione dmuchane lale, które czasem nawet się do czegoś przydadzą, ale głównie robią fochy o wszystko i nadają się tylko do łóżka.

„– Już nie pamiętasz, że kiedyś coś nas łączyło?
– Nas coś łączyło?! […] – Baraszkowałeś z tą dziwką i teraz mówisz, że coś nas łączyło?!
[…]
– Tylko cycki macałem!”

A, no jak tylko cycki to sorry. Generalnie każda sytuacja, w której dziewczyna wpada w gniew jest traktowana przez narratora i inne postacie jako „robienie scen”.

Właśnie ten aspekt zażenował mnie najbardziej. Słaby styl, nielogiczność czy błędy świadczą po prostu o braku przygotowania i warsztatu, ale takie traktowanie kobiet jakim popisał się autor – o braku elementarnego szacunku i bardzo płytkim postrzeganiu świata.

Wniosek?

Jestem szczerze zaskoczona i ogromnie rozczarowana, że Czwarta strona wydała tę książkę. Nie mam pojęcia co ich podkusiło. W każdym razie – szkoda Waszej kasy na tak niegramotnie, bezmyślnie i szowinistycznie napisaną powieść. Na pewno macie w planach wiele innych, lepszych książek. A jeśli nie, propozycje znajdziecie poniżej.